DAWANIE WYWRACA PORZĄDEK ŚWIATA

A gdyby tak ludzie więcej dawali niż kupowali? Gdyby zaprzeczyli wszechwładzy rynku? Gdyby wszyscy pomagali komuś i nie wstydzili się korzystać z pomocy? Śmiała, piękna, królewska wizja.

Wielu z nas zna alegorię długich łyżek: piekło to miejsce, gdzie ludzie siedzą przy wspólnym posiłku, ale nie mogą się najeść, bo każdy ma łyżkę dłuższą niż własne ramię. Niebo wygląda podobnie: wspólna miska, długie łyżki, tyle że ludzie karmią się nawzajem. Obraz ten rozpowszechnił się i jest znany w różnych kulturach. A ostatnio (w grudniu 2013) Caritas wystartowało z kampanią „One Human Family, Food for All”, której symbolem, wykorzystanym w filmiku promocyjnym (2,3 mln odsłon), są właśnie długie łyżki – z tą jedną różnicą, że filmik nie pokazuje wprost piekła i nieba, ale sugeruje, że przejście z ciemności głodu do jasności życia jest możliwe tutaj, na naszym „paskudnym” świecie. Innymi słowy „niebo na ziemi” jest w naszych rękach.

Już Jezus mówił, że „bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać niż brać”, zatem w tej idei nie ma nic nowego, ale… czy każdy to rozumie? Ja nie zawsze. I właśnie naszła mnie pewna myśl, która absolutnie mnie zachwyciła i muszę się nią podzielić. W ostatnich dniach robiłem trochę przelewów, planowałem wydatki na najbliższy czas, liczyłem swoje pieniądze… Potem rozmawiałem z pewnym znajomym, który organizuje z rozmachem wielkie imprezy ewangelizacyjne, chrześcijańskie i przyznaje, że dużo łatwiej jest zbierać entuzjastyczne podziękowania, pochwały i deklaracje „chcemy więcej”, niż pieniądze na to „więcej”. Na szczęście są wyjątki i zapaleńcy, którzy nie tylko dają, ale też sami rozpoczynają służbę. Potem odezwał się do mnie jeszcze inny znajomy i podesłał filmik dotyczący zbiórek pieniędzy przy użyciu (i tworzeniu) społeczności – jednym słowem crowdfunding.

I po tym wszystkim zapaliła mi się w głowie lampka: wyobraziłem sobie, że każda rodzina w Polsce dzieli swój budżet na trzy części: wydatki (w tym spłaty długów), oszczędności i… darowizny. Wiem, jest to wizja śmiała, by nie rzec „naiwna”. Po pierwsze, wielu z nas w ogóle nie prowadzi budżetów i nie planuje ich szczegółowo. Po drugie, 20 milionów Polaków nie ma zaoszczędzonej nawet złotówki. Reszta, jeśli oszczędza, to na ogół krótkoterminowo. Po trzecie, i to mnie dzisiaj najbardziej obchodzi, w dawaniu Polacy są bardzo przeciętni. Statystyczny Polak daje, kiedy jest emerytem (za późno!), wspierając na ogół swoją rodzinę (dlaczego tylko rodzinę?). Polak daje, kiedy ktoś mu podetknie pod nos puszkę z serduszkiem WOŚP itp. A co z regularnymi darowiznami?

No dobrze, porzućmy czarne myśli o tym, jak jest. Przejdźmy na jasną stronę mocy, do nadziei. Wyobraźmy sobie, że każdy człowiek daje 10 procent tego, co zarobił swoją ciężką pracą. Bez względu na to, czy zarabia dwa tysiące, czy piętnaście. Hardkor? No to lecimy dalej, w kosmos. Wyobraźmy sobie, że każdy człowiek daje 50 procent. Co się dzieje? Światowa gospodarka staje na głowie. Przestaje rządzić nami pieniądz, a zaczyna rządzić… Jezu, no właśnie, kto? Co? To wykracza daleko poza moje horyzonty. Jednocześnie totalnie porywa moje serce. Bo oczami wiary widzę karmienie i troszczenie się o siebie nawzajem na olbrzymią skalę.

Oczywiście należy dodać, że pieniądze to nie wszystko. World Giving Index (WGI) prowadzony od 2010 roku, czyli swoisty ranking krajów świata jako dawców, opiera się na trzech pytaniach: 1. czy w ostatnim miesiącu dawałeś pieniądze jakiejś organizacji? 2. Czy poświęciłeś swój czas jako wolontariusz? 3. Czy pomogłeś obcemu człowiekowi, który potrzebował pomocy? Polska zajmuje w WGI miejsce 115 (na 134!). Można by zapytać: jaki Bóg, jaki honor i jaka ojczyzna?

Dwa ostatnie czynniki – czas i pomoc – są bardzo ważne. Do tego stopnia, że mogą czasem przysłaniać znaczenie pieniędzy. Słyszałem o kontrowersyjnej kampanii społecznej pod hasłem „nie potrzebujemy 1% twojego podatku, chcemy 1% twojego czasu”. Ludzie prowadzący organizacje pożytku publicznego narzekają nie tylko na skromne finanse, ale też często na brak wolontariuszy.

Mając to na uwadze, można jednak z pewnością stwierdzić, że pieniądze – złote, srebrne czy papierowe – od zawsze były próbnikiem ludzkiego serca. Mój kolega kiedyś mądrze wyjaśnił mi słowa Jezusa „gdzie jest skarb twój, tam będzie i serce twoje”. Powiedział, że kiedy gra na giełdzie i kupuje akcje spółek, to interesuje się tymi spółkami. Jednocześnie niewiele uwagi poświęca innym spółkom. Tak samo jest z Bożym Królestwem. Jeśli nie inwestuję w nie swoich pieniędzy, czasu, siły, to przestaje mnie obchodzić, jak idzie „Boży interes”. Wypadam z gry.

Tutaj zaczyna się temat celów, którego nie zamierzam pogłębiać. Wypada tylko powiedzieć, że cel również ma znaczenie. Przykładowo, lepiej jest wspierać samotne matki, niż aborcjonistów. Hojnych dawców czeka wiele wyborów, na ogół nie tak radykalnych, jak powyższy. Ale sam fakt, że dajemy, wywraca porządek tego świata. Piekło się wścieka. Niebo zstępuje na ziemię. Krok za krokiem.

Moja wizja, w której człowiek oddaje połowę lub choćby dziesięcinę tego, co ma, jest dzisiaj nierealna. Amerykanie, najlepsi na świecie, jeśli chodzi o stosunek darowizn do PKB, od wielu lat nie mogą przebić „magicznej” granicy 2%. Mnie jednak niesamowicie zachęca myśl, że mogę zmieniać taki stan rzeczy. Sam, to znaczy razem z żoną, w naszym domu, z naszym mikroskopijnym (w skali PKB) budżetem. Zadaję sobie pytanie: czy jestem wolnym człowiekiem? Tak? Czy wyciąg z mojego konta mówi to samo? Na moich ustach mogą być wielkie idee, ale jeśli za nimi nie idzie mój portfel i zegarek, to znaczy, że wypowiadam tylko slogany i frazesy, choćby brzmiały bardzo mądrze.


Autor: wdev

Powiązane posty: