Czyściec

– Tato, ja chcę sok. Musisz mi dać sok! Ale taki czarny! – Fi. Nie zdążył jeszcze zdjąć kurtki i butów.
– Okej, ale nie wiem, czy jeszcze jest, a poza tym może najpierw byś się rozebrał?
– Ale potem sok!
Wziąłem od U. kurtkę i powiesiłem na kołku, po czym niezwłocznie zajrzałem do lodówki.
– Och, niestety. Nie ma, ale co to, przy zlewie stoi pusta butelka po syropie. To chyba ten chciałeś, co? – Odwróciłem wzrok od otwartej lodówki.
– Tato, ja chcę ten sok! – Fi. pokazywał palcem na półkę w drzwiach.
– Ten? To nie sok, to olej z czarnuszki. – Wziąłem do ręki małą buteleczkę.
– Zatem chcę olej z czarnuszki.
– Jesteś pewien? – Dałem mu powąchać
– Tak, jestem pewien.
– No dobra… – Wziąłem małą łyżeczkę i nalałem pół. Nie to, żebym mu tego drogiego płynu żałował, ale już się spodziewałem… no
właśnie, czego – nie wiem, ale uśmiechnąłem się, jakbym szykował komu dowcip „ludowy”.
Mój tata lubił opowiadać o majstrze, który nigdy nie stawiał flaszki, zawsze na krzywy ryj się wpraszał na wódkę. Kumple, jak to kumple, po koleżeńsku nic nie mówili, ale w końcu cierpliwość się skończyła i zaczęły im głupie rzeczy przychodzić do głowy. Wymyślili, że zamiast wódki poleją mu wody utlenionej. Sprytny majster jak zwykle przysiadł się do picia, wychylił swoją lufkę i… zamienił się w gaśnicę piankową. To, co z niego wyleciało, zbierali wiadrem.
Podałem Fi. łyżeczkę z olejem, łyknął jak najlepszy syropek. Po kuchni rozniósł się zapach miłej przyprawy, która kojarzy się ze słodkimi bułeczkami, jak w kolędzie: „tam jadałeś kukiołki… z czarnuszką i miodem, tu się teraz nasycisz… jeno samym głodem”.
– Ajajajajajajaj! – Buzia Fi. się wykrzywiła.
– Co, mocne?
– Ajajaj!
– Ostre? Chyba nie… – Niespiesznie zdjąłem czajnik z gazu i nalałem ciepłej wody do kubka.
– Tato, zrób coś! – Włączyła się U.
– Ajajajaj!
– Zrób coś, tato!
– Chcesz popić? – Podałem mu kubek. Wziął i wypił duszkiem. Poprawił kromką chleba. – Ale wiesz, Filu, ten olej jest bardzo zdrowy, mama się ucieszy… – Pocieszałem. Brzęk! U. zbiła właśnie jeden z kubeczków, który w ikeowskim zestawie dostała dziś przy okazji Mikołajek w przedszkolu u Fi.
– O nie! – W myślach uspokajałem się, żeby nie krzyczeć. – Kto to zbił?
– Ula. – Uprzejmie doniósł Fi.

– I co teraz?
– Tato, naplawisz?
– Nie, wyrzucę go do śmieci. – Odparłem oschle.
– Nieee, nie wyrzucisz go do śmieci!
– Okej, może nie teraz. Ale już go nie posklejamy. – Uciąłem, rozglądając się po podłodze; jak wiele odłamków było wielkości ziarenka ryżu. Po czym zająłem się czymś innym, dając jej poprzeżywać te stratę. Płakała i narzekała, i odpędzała mnie. Po pięciu minutach pozwoliła się przytulić. I ja też już nie byłem zły. I wieczór był dobry, czyściec taki.

«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: