Czy da się wygrać życie

Mówi się: wygrał życie na loterii. A reszta śmiertelników to co? Reszta próbuje, jak może. Grają jak umieją. Ciężka to praca, a nierzadko daremna. A gdyby tak pomyśleć inaczej, beztrosko?

Gdyby było tak pięknie, że można wygrać na loterii. Albo chociaż tak, że ciężką pracą zawsze się dorobisz. Gdyby tak… było, to nie powstałyby przysłowia i powiedzonka typu: „nie ma sprawiedliwości na tym świecie” albo „biednemu zawsze wiatr w oczy”, albo „taka karma”.

Czasem człowiek się narobi, a nic z tego nie ma. Nic nowego pod słońcem. Widać podobnie czują ludzie od wieków, skoro psalmista pisze:

To wam jest na marne; tym, którzy wcześnie wstajecie, do późna przesiadujecie i spożywacie chleb znoju; bo to samo, podczas snu, daje Swojemu ulubieńcowi. (Ps. 127:2, NBG)

Znajomy skomentował: „albo Bóg gra nie fair, albo ma poczucie humoru, którego ja jakoś jeszcze nie ogarniam”. Bóg ma jakichś swoich ulubieńców, których faworyzuje, rozpieszcza, a inni, którzy uczciwie harują, ledwo wiążą koniec z końcem. To demoralizujące, no nie? Tak, oczywiście. Jeśli tak postawimy sprawę… Ale spójrzcie jeszcze na jedną scenę z życia Jezusa.

Siedzi sobie przy studni, odpoczywa, czekając na swoich uczniów, którzy poszli po jedzenie. Zjawia się Samarytanka. Jezus ma kilka powodów, by ją zignorować i słowem się nie odzywać. Ale prosi o wodę i nawiązuje rozmowę. W finale ta kobieta, poruszona do głębi, uznaje go za Mesjasza i szczęśliwa biegnie do miasta, rozpowiadając, kogo spotkała.

W tym samym momencie wracają uczniowie z jedzeniem. Głupio im pytać, czemu się zadaje z Samarytanką, więc tylko proszą: – Mistrzu, jedz! – I teraz najlepsze… Jezus odpowiada:

Ja mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie (…) Moim pokarmem jest pełnić wolę tego, który mnie posłał, i dokonać jego dzieła. (Jan. 4:32,34, BW)

I co? Dlaczego nie dopraszał się Samarytanki o ten cholerny kubek wody po wielogodzinnej wędrówce, tylko prowadził jakąś „zbędną” konwersację? Dlaczego nie chciał jeść, kiedy wreszcie mógł? Coś chciał udowodnić? Myślę, że… nie. Po prostu miał taką radochę, że nawet nie chciało mu się pić i jeść.

To nie była teologiczna gadka zmurszałego rabbiego, który kiwa chudym palcem i poucza prostaczków o wyższych wartościach, jak jakiś Platon. To były słowa prawdopodobnie podyktowane zwykłymi emocjami. Bo Jezus był w ciele i przeżywał wszystko tak, jak my. Pasja, z jaką podchodził do swego powołania, powodowała cierpienie, gniew, radość. Był tym pochłonięty. Był bożym ulubieńcem. Jedzenie, picie przychodziły… same, kiedy odpoczywał. Jak w Psalmie.

A czy wygrał swoje życie?

Autor: jpz2

Powiązane posty: