Człowiek, który czuł, że jest śmieciem

Czyli epizod z życia proroka, napisany na podstawie Księgi Wyjścia, rozdział drugi.

Wiatr kołysał ciężkimi połami namiotu, a wewnątrz niezmiennie panował ten sam półmrok. Powoli zapadał zmierzch. Zapach ziołowego naparu mieszał się z wonią owiec, stłoczonych w prowizorycznej zagrodzie, tuż obok. Starszy mężczyzna wziął łyk gorącego napoju i skierował jasne oczy na przybysza.
— A więc siedział pan przy tej studni ot tak…
— Ot tak… – Odparł tamten, nie odwracając wzroku od wyjścia.
— Ludzie nie kręcą się po tej okolicy „ot tak”. Na pewno nie ma pan nic wspólnego z tutejszymi klanami?
— Nie.
— Wobec tego musi pan zostać u mnie.
— Zostać? Tutaj? – Nagle ożywił się przybysz i spojrzał w oczy gospodarzowi.— Będzie to dla nas wielki honor.
— Dziękuję. Cieszę się, że pan to mówi.
— Dlaczego?
— Bo pan nie wie, kim jestem. – Odparł przybysz smutnym tonem.
Starszy mężczyzna obrzucił gościa podejrzliwym spojrzeniem, ale nic go nie zaniepokoiło. Przeciwnie, widok tego faceta w średnim wieku napawał raczej współczuciem i wzbudzał ciekawość – ni to włóczęga, ni to zamożny kupiec, może banita? Jego szaty były zniszczone, ale z pewnością nie należały do najtańszych. Jego głowa – zarośnięta, ale… kto goli się podczas tułaczki po pustyni?
— Pan jest Egipcjaninem?
— Tak… To znaczy nie! Właściwie… nie wiem już, kim jestem.
Starszy mężczyzna uśmiechnął się dobrotliwie, po czym wziął ostatni łyk naparu i jeszcze raz skierował swoje śmiałe, przenikliwe spojrzenie na gościa.
— Proszę się nie martwić, tutaj… jak nigdzie indziej, bardzo łatwo jest zostać nikim. Ale zanim się pan na to zdecyduje, chciałbym poznać imię mojego dobroczyńcy.
— Niech pan nie przesadza. Zrobiłem tylko to, co należało. Pańskie córki zostały potraktowane…
— O, wystarczy, jest pan nad wyraz skromny. Jak więc mogę do pana mówić?
— Musa – to moje imię.
— Co oznacza?
— Wyjęty. Wyciągnięty z wody.
— To piękne i… ciekawe. Przed panem wielka przyszłość. A tyle goryczy widzę w pana oczach. Proszę mi uwierzyć. Znam się na tym. Jestem kapłanem. Nazywają mnie Reuel. – Przedstawił się, po czym dopił ostatni łyk ziół i zawołał w stronę wyjścia:
— Sefora! – Po chwili do namiotu weszła śliczna dziewczyna. Na jej widok Musa po raz pierwszy się uśmiechnął. Przypomniał sobie, że zwrócił na nią uwagę już wcześniej, gdy razem z sześcioma siostrami przyprowadziła stado do wodopoju, ale wtedy nie mógł się jej dobrze przyjrzeć. Teraz zrobiła na nim ogromne wrażenie, choć ubrana była od stóp do głów w suknię z prostej tkaniny. Patrzył oczarowany na jej figurę, długie czarne włosy splecione, opadające na piersi, jej roześmiane oczy…
— Tak, tato?
— Jest już ta baranina? Przynieś nam, proszę. I wina! Ha! Dzisiaj trzeba się napić. – Reuel zatarł ręce i zerknął na Musę, który na moment nie odrywał od dziewczyny oczu. Dopiero gdy wyszła, spostrzegł, że Reuel bacznie mu się przygląda.
— Dostojny Reuelu, sam widzisz, że nie mogę ukryć podziwu dla twojej córki. Może teraz, tutaj jestem nikim, moje życie w wieku czterdziestu lat jest skończone. Pozwól, że zachowam dla siebie moją bolesną historię. Ale gdy patrzę na Seforę, czuję, że mógłbym zacząć wszystko od początku. Chciałbym cię prosić o jej rękę i zaoferować swoją pomoc tak długo, jak Bóg pozwoli…

* * *

I Bóg pozwolił. Przez następne czterdzieści lat Musa pasł owce teścia, by pewnego dnia… zobaczyć krzak, który płonął, ale się nie spalał…

Autor: jpz2

Powiązane posty: