Czekamy

Schodzę na dół po Kropelkę. Na recepcję. Tam znowu to samo: Zetka leci. Jest jak haczyk na rybę – na mnie. Gra to, co ludzie lubią, bo znają, a znają, bo to się gra, a się gra, żeby ludzie znali, żeby lubili. Czasem tam siedzę, w zastępstwie. Podchodzę do tego radyjka, przekręcam volume i zaczyna grać, co tam sobie portier ustawił. No proszę: Zetka. Ręka zawiśnie w powietrzu, chwila zawahania. Dam im szansę. Potem żałuję. Ale nie narzekam. Przecież sam chciałem. „Minęła właśnieee… – trzynasta – w radiu Zet!”
– Trzynasta! – Udaję przerażenie w oczach. Wywalam oczy na M. – recepcjonistkę.
– Trzynasta! No już tak nie udawaj. Przecież to dobrze. – Droczy się.
– Jakie dobrze, jakie dobrze… – Mruczę pod nosem i otwieram Kropelkę. Trudno skupić myśli, cholera. Podzielność uwagi między zdejmowanie nakrętki i składanie zdania – to poziom hard.
– No pewnie, że dobrze. Bliżej do końca. – Upiera się M.
– No, jeśli tak to ująć…
– A co, a nie tak?
– No wiesz – uśmiecham się do wyciśniętej kropelki – ja mam co robić.
– A, cha cha, no właśnie widzę, że ty masz i się tu nieźle bawisz. A co to za pieczątka?
– Nie moja, I. mi dała, żebym jej naprawił. I muszę przy tym język pokazywać. A wiesz, moja córka już mnie rozgryzła. Opowiadałem ci?
– Nie, a co?
– No, jak jej zmieniam pieluchę. Bo jeszcze zmieniam. Wie, że ten język wystawiam, jak się na czymś skupiam. Coś manualnego, wiesz.
– I co robi?
– Patrzy wyczekująco, a potem sama język pokazuje. Przedrzeźnia, skubana. Ale, ale… co po pracy? Chyba nie chcesz powiedzieć, że ci się tak dłuży ciągle.
– A po pracy to co innego, wiadomo. Na odwrót: jeszcze bym chciała to zdążyć i tamto…
– No, chciałoby się, żeby ten czas wolniej… – Znów język wywalony, sklejone, pyk, działa, stempluje. Zadowolony z siebie walę w kartkę na próbę.
– Pewnie. – Potakuje M.
A ja tylko się uśmiecham. Parę myśli mi przychodzi do głowy. Takich, że chyba nie warto mówić. I myślę: – Kurde, tak się uśmiecham, a nie mówię nic. Powiedziałbym coś. Że coś do roboty zawsze się znajdzie. Jak nie z tej roboty, to z innej. Ale może to głupio. Czasem jakby mnie ochota odeszła rozmowę podtrzymywać. Tylko myślę – jakbym sam był. Myśleć lubię. A najbardziej myśleć, że dobra jest chwila. Że nie warto czekać na wiosnę, a potem na lato, a potem na jesień i zimę, i znów wiosnę. Czekać na środę, potem na piątek i na sobotę. Czekać na trzynastą, na szesnastą, na dwudziestą i na noc, a w nocy – na ranek. W kółko tak czekać. A kiedy żyć? Ale to banał. Nic nie powiem. Tylko się uśmiecham.
– No to… zrobione! – To na razie!
– No, na razie!
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: