Czekając na Fi.

Przeszedłem małą, nieśmiałą próbę emocji i szybkiego powrotu do domu – na wypadek, gdyby A. już rodziła. Po jej telefonie zdawało mi się, że to coś poważnego, że może JUŻ (??), więc zamiast pedałować do domu, wcisnąłem się z rowerem do metra…

Wstałem od stolika w restauracji. Wypiłem tu kawę, która nie była warta swojej ceny. Do. wyszła stąd przed chwilą, zabierając ze sobą swoje niedokończone piosenki i świetny głos. Rozmawialiśmy o śpiewaniu, pisaniu, twórczości i czasach, których nie pamiętamy, a które są dla nas inspiracją. Lata 60., 70. – w PRL-u, w USA. Bikiniarze, pin-up girls, swing, twist, rock’n’roll i „nasz” bigbit. Wielki wór skojarzeń: Starsi Panowie, Szczepanik, Młynarski, Kofta, Komeda, w ogóle polscy jazzmani. Tzw. muzyka lekka, łatwa i przyjemna, ale nie tylko, przecież i protest-songi, mgiełka buntu w konserwatoriach muzycznych i ożywczej chałtury ich zdolnych wychowanków.

Tak sobie gadaliśmy z Do., ale ona już poszła w swoją stronę, a ja… dostaję telefon, że A. dostała właśnie pilne skierowanie na KTG. To takie badanie, które pokazuje zestawienie pracy serca dziecka i skurczy macicy.
– Ale to już?? Masz skurcze? Dobrze się czujesz? – Pytam A. do słuchawki.
– Dobrze, skurczy nie mam. – Ale słyszę, że głos ma przejęty.
Spokojna głowa, mimo wszystko. Przecież jeszcze tyle dni nam zostało. Zostało bardziej A., niż mi. No właśnie, na co ja czekam? Na co czekam ja? Najpierw trzeba zapytać: na kogo? Na małego chłopca, który przybywa z innego świata, i który jest zupełnie nieobyty i nie wie, jak się zachować, poza tym, że świetnie wie, co robić: ssać, ssać, płakać, zapełniać pieluchy, spać, ssać, przytulać się i gramolić coraz to sprawniej, sprytniej… A potem małpować mamusię i tatusia. Taka będzie jego filozofia – nie taka znowu głupia, muszę przyznać.

Czekam na to, żeby to wszystko, co naznosiłem do domu, nareszcie się przydało. Tyle nam się udało pożyczyć, tyle też dostaliśmy, że serce roście. Resztę kupiliśmy… no więc mamy: łóżeczko, wózek, ubranka (o, jakie malutkie – roztkliwiają się niektóre), np. pajacyki, skarpetki, koszulki, bluzki, sweterki, body (które chętnie zwałbym po polsku – korpusikami – z nutką czarnego humoru), buciki, ręczniczki, tetrowe pieluchy, jednorazowe pieluchy, misie, dyndadełka, nawet już i gryzaki (niejako awansem), specjalny proszek do prania, mydełka, maści, wanienkę, śpiworek, kocyk, prześcieradła, ceratki, przewijak, nosidełko i… różne takie. Mógłbym też napisać, że więcej nie pamiętam, ale moglibyście wtedy pomyśleć, że jestem nieogarnięty, czy coś…

Pojechaliśmy z A. na to KTG. Strasznie nam się czas dłuży, bo trzeba czekać – to na rejestrację, to na badanie, to na wyniki i lekarza, to na swoją kolej… A to szpital im. św. Rodziny – ten, w którym najpewniej będziemy rodzić. To, co mi się w tym szpitalu podoba najbardziej, jest w sumie mało znaczące: logo. Takie proste trzy krzyże – mały, średni, duży – nałożone na siebie, a na drugi rzut oka to zmyślny piktogram, bo krzyżyki są z głowami: tata, mama (bo w spódnicy) i mały. Mały na mamie, mama na tacie. Tata rozkłada w krzyż ramiona. W geście bezradności? Poświęcenia? Może troski. Ojciec dwuwymiarowy, jakby leżał plackiem, jakby fundament i terytorium rodziny.

No, i taki czeka mnie los. Odpowiedzialność za zaopatrzenie i zaspokojenie prozaicznych potrzeb – to poziom pierwszy. Potem odpowiedzialność za czas, za zasady i za nauczenie: co dobre, a co złe. Za miłość, za rodzinne tradycje, za bezpieczeństwo, za marzenia i horyzonty, za ambicje oraz, last but not least, za wiarę i więź z Bogiem, od którego wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi bierze swoje imię (Efez. 3:15), czyli wzór i początek.
– Teraz na zakupy będziesz jeździł sam – rzecze szwagier i spluwa ukradkiem, acz znacząco na trawnik. – No, czekają cię nowe wyzwania. Fajnie. – W jego ustach jakoś nie zabrzmiało to jak banał. Zwłaszcza to „fajnie”. Szwagier będzie kupował działkę i budował dom. Też ma swoje wyzwania.

– Czemu to tak długo trwa? – Żali się A., zerkając na drzwi, z których ma się wyłonić pani dr i zawołać po odbiór wyników KTG, które, jak się później okazało, były dobre i w normie. – No i dlaczego z tego pokoju wszystkie panie wychodzą w strojach… kąpielowych?! – Szeptem oburza się A. Na wszelki wypadek mamy w samochodzie „komplet” rzeczy dla dziecka i dla mamy na okoliczność porodu, elegancko i porządnie zapakowanych przez najlepszą żonę. – Ja nie chcę, nie chcę tu zostawać. Chcę już stąd pójść, a najlepiej już być po.
– Po czym?
– Po wszystkim.
Niesamowite, już niebawem będę trzymał swojego syna na rączkach. To znaczy synka na rękach. Już niebawem.

Autor: jpz2

Powiązane posty: