Czas

– Jeszcze pół godziny, a zaczęliby się bawić ze sobą. – Oceniła Ol., kiedy zbieraliśmy się do wyjścia. Może i tak, bo faktycznie Fi. zaczął się już powoli odrywać od swoich samotnych, uspokajających zabaw dźwięko-światło-ruchowych, zajmując się czymś stopniowo coraz bardziej z nami, czy nawet z synami Ol. Kiedy już otworzyłem drzwi na klatkę, U. z rozpaczą w głosie próbowała zatrzymać nas, zatrzymać czas, by jeszcze coś, jeszcze trochę dłużej. Ol. zaproponowała na wynos ciasto – to trochę uspokoiło U., już nieco bardziej zadowoloną z nieuchronnego losu – powrotu do domu. To w ogóle osobliwa rzecz – u obu naszych dzieci (lub ogólnie: dzieci), że wyobrażają sobie, iż wszystko da się naprawić, dosłownie: cofnąć to, co się stało i się nie odstanie. – „Chciałbyś cofnąć czas”. – Pytałem nieraz, dochodząc do logicznej ostateczności. – „Tak, chciałbym cofnąć czas”. – Po tych słowach nie było już nic więcej do wyjaśniania i rozumienia, pozostawało tylko przytulenie, pocieszenie. Ł. – mąż Ol. – też, jakby podobnie do dzieci, ożywił się pod koniec, gdy zapytałem ze szczerym zaciekawieniem o jego pracę geologa, a przy okazji przypomniało mi się muzeum „naftowe” w Bóbrce, które zaliczyłem kiedyś, wracając z Rumunii i wspominam bardzo dobrze (choć wtedy właśnie cierpiałem na jakieś straszne rozwolnienie po – smacznej skądinąd – restauracji w węgierskim Tokaju).

Zjechaliśmy na dół starą windą o zapachu drewnianej dykty i smaru, którą otwiera się okrągłą klamką (do niedawna kluczykiem) i zamyka od wewnątrz dwuskrzydłowymi drzwiczkami – to jest właśnie taką, jaką jeździłem w swoim domu na Bielanach przez całe dzieciństwo – włączył mi się sentyment już po samym dotknięciu plastikowego, wklęsłego guzika o kształcie pionka do gry. Wychodząc na podwórko jeszcze raz rozejrzałem się dokoła – po tych ścianach z dziurami po kulach z Drugiej Wojny, zaszpachlowanych na świeżo i przygotowanych do remontu elewacji. Remontu, który zatrze ślady historii – może już za tydzień, a może – dopiero! Filtrowa… Ochota… Pomyślałem o tej warszawskiej „tkance miejskiej”, złożonej z murów, spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, punktów usługowych, łącznie ze straganiarzami, którzy o szóstej rano ustalają między sobą ceny borówek i truskawek. A w wymiarze czasu ta tkanka trwa i twardnieje w dziwny sposób: tu już od lat powojennych, a tam dopiero się tworzy. Ale prawie zawsze pozostaje wrażenie niedokończenia tego procesu, niezasiedzenia, płytkich korzeni, śliskich fundamentów życia. I zdaje mi się, że to źle, ale może się nie znam. Wsiadamy do samochodu, który zaparkowaliśmy tu szczęśliwie bez problemów, bo już po blokadach i zakazach ustawionych z okazji przyjazdu Trumpa. Powrót. Spać. I jeszcze snuta przed snem i nad ranem (jakby ponad nocą) nadzieja, że następny wieczór będzie zupełnie wolny od wszystkiego i… taki nasz, we dwoje.

Autor: jpz2

Powiązane posty: