Czas dany i zadany

Piszę: to tylko kilka przebłysków zdarzeń, które minęły jak sen razem z długim weekendem i moim drugim Dniem Taty. Przytrafiły się, a nie musiały – to chyba powód do zadowolenia.
— Sześć złotych opłata jednorazowa. – Tonem niemal szarmanckim, z lekkim akcentem „warsiaskim” powiedział pan parkingowy. Spojrzałem na jego jaskrawożółtą kamizelkę, a potem jego twarz, na której zachodzące słońce znaczyło każdą zmarszczkę. Wyglądał na emeryta, który dorabia sobie tutaj, przed Teatrem Powszechnym, ale ta banalna sytuacja skrywa strasznie ciekawą historię jego życia, którą chętnie bym usłyszał.
Wysupłałem z kieszeni piątkę i jedynkę – właśnie wszystko, co przy sobie miałem. I nie było mi wcale żal, zwłaszcza że
już nie było czasu na szukanie innego miejsca i że pan parkingowy rzucił te parę słów tak uprzejmie i nie było w tym cienia pretensjonalności. Poza tym sam teatr miałem za darmo – bilety czekały w kasie na nazwisko taty, który wygrał je w Dwójce, już po raz drugi. To była cała zapłata za spektakl – te sześć złotych na parkingu, nie licząc kosztów paliwa i nieocenionej pomocy teściowej, tzn. babci An., która została z Fi.
Trwała dwie godziny – „Klara” Izy Kuny w reżyserii Aleksandry Popławskiej – gorzko-śmieszna historia niespełna 40-letniej singielki – w tej tytułowej roli jedna z moich ulubionych aktorek – Edyta Olszówka. Czekam na A. we foyer, późno już. Babcia An. nie odbiera telefonu, kolejka w damskiej pewnie długa jak Jolki nogi, kawiarenka zamknięta… Przez chwilę patrzę smutno przez szybę na zamrażarkę z odkrytymi miskami pełnymi kolorowych lodów. I przez tę krótką chwilę jestem małym Jasiem. A potem siadam, obracam wokół palca kluczyki od samochodu i na powrót jestem Janem. I zaraz znów wstaję, bo wreszcie idzie A. Podaję jej płaszcz i staję się „Jasiuniem”.
— Dziękuję, Jasiuniu.
— To ja dziękuję. – Odpowiadam standardowo. Przechodzimy przez drzwi, przez chmurę tytoniowego dymu, przez mżący deszcz, przed którym palacze schronili się pod daszkiem, tłocząc się w mały, zakurzony tłumek. Podbiegamy do auta po mokrym asfalcie, mieniącym się odblaskami latarń. I ten krótki bieg w deszczu, kiedy trzymamy się za ręce, daje mi znów wrażenie, jakbym zmienił imię, cofnął się w czasie albo w ogóle znalazł poza nim. Otwieram przed A. drzwi, potem obiegam samochód i zamykam nas. I tak nam dobrze, tak się cieszymy… Nawet nie to, że sucho, ciepło i gra muzyka, ale że ta sztuka, którą właśnie zobaczyliśmy, nas nie dotyczy. Oczywiście, im bardziej by mnie dotykał temat samotności, tym bardziej gorzka i śmieszna byłaby dla mnie „Klara”. A tak – mogliśmy tylko podziwiać znakomitą grę aktorów – to szczęście w nieszczęściu; pod koniec mieliśmy nadzieję, że lada chwila będą ukłony i oklaski. I to wrażenie, że już wszystko, co miało zostać w tej sztuce powiedziane, to zostało, wybrzmiało, pojawiło się.
Tak skończył się dla nas długi weekend Bożego Ciała, w którym weekendu było tylko trochę. Za pomocą facebooka zrobiłem przegląd weekendów cudzych: jedni łowią rybki, inni się opalają, jeszcze inni siedzą gdzieś na Mazurach. Znad morza dostałem pocztówkę – od siostry. A mnie w tym czasie dopadła Warszawa, zjadła moje wolne dni, byłem (prawie) bez szans. Nie obejrzałem nawet procesji ze swojej ambony na trzecim piętrze. Zwykle przechodzi nieopodal, pod moim balkonem, a nawet zatrzymuje się – przez okno widzę ołtarzyk, rokrocznie budowany w tym samym miejscu; jakieś kwiaty, dywanik, „święty obrazek”. Ten symbol obcego święta omijam z przekonaniem, że go nie powinno być. No właśnie, deklaruję, że jestem uczniem Jezusa, a od katolickich tradycji się odcinam. A więc może to ja tu jestem „obcy”? Mogę być, co mi to szkodzi? Nie lubię tracić czasu na etykiety, podziały, nawet najbardziej słusznie uzasadnione przez doktrynerów. Mało czasu, mało go mamy, szkoda na te dyskusje.
Lekarz jeździł mi po brzuchu czujnikiem USG, powiedział, że już prawie nic nie ma, że się poprawiło. Nie można powiedzieć, że odetchnąłem, bo kazał mi co chwila: nabrać powietrze, wypuścić, nabrać… Ale poczułem ulgę. Nie wdając się w szczegóły, parę miesięcy temu modliłem się o to, co było podejrzane i niby przestałem się martwić, zaufałem Bogu ­– jak się okazało, słusznie. Tylko przed samym badaniem, gdy szedłem na piechotę do przychodni, zaczęły mnie nachodzić głupie myśli: — Wprawdzie to raczej nic groźnego, a jeśli jednak coś poważnego? Nie, przecież Bóg troszczy się o mnie. Ale i świętym przytrafiają się bolesne sprawy. Może tak, a może siak. – W końcu powróciłem do prostej wiary w opatrzność. Została tylko refleksja o ciele, że może się zepsuć, umrzeć, że mam je do dyspozycji na jakiś czas tylko, w jakimś celu, że moim obowiązkiem jest marzyć i dążyć, póki mam fizyczną możność – do spełnienia tych marzeń. A marzenia powinny mnie przerastać. Inaczej nie byłyby marzeniami, tylko czymś innym, może biznesplanem?
Lekarz wsadził mi w rękę kilka papierowych ręczników. Wytarłem ze skóry i włosów żel, niedbale poprawiłem ubranie i wyszedłem na słońce, sięgając do kieszeni po „Panny z Wilka” i telefon, żeby powiedzieć A., że wszystko w porządku. Mówię jej, że „w porządku” z moim brzuchem, ale myślę co innego, tzn. dalej, głębiej: „w porządku” będzie wtedy, gdy będę robił to, do czego mnie powołał Bóg‑Tata. O właśnie, a propos taty; w ostatnim zdaniu muszę wyrazić wielką radość, że już po raz drugi przychodzi mi świętować Dzień Taty w roli taty, nawet jeśli to świętowanie polega tylko na tym, że spędzę cały wieczór sam z Fi., bo A. poszła na koncert Aznavoura.
Autor: jpz2

Powiązane posty: