Ćwiczę to na swoich wrogach

Nie wiem, jak wy, ale ja każdego dnia mam niedosyt. Doskwiera mi to, że wszystko jest ‘zrobione’, nie ma nic dobrego ot tak, znikąd. Wyjątkiem jest na pewno modlitwa i… poniekąd randka. Nie lubię słowa „randka”, ale niech już zostanie.

Z tego niedosytu bierze się zachłanność. Wiem, że muszę coś namieszać, żeby posmakować mojego krótkiego czasu. Dlatego stawiam sobie te wszystkie wyzwania, biorę przykazania Jezusa, opisuję je i staram się wypełniać. Następne jest takie:

Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował bliźniego swego, a będziesz miał w nienawiści nieprzyjaciela swego. A Ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują (Mat. 5:43-44, BW)

Takie to oklepane, że aż nie chciałem się tym zajmować. Tym bardziej, że ‘chwilę’ wcześniej Jezus powiedział coś bardzo podobnego. Pisałem o tym tutaj. Powiedział, żeby nie gniewać się (Mat. 5:21-26). A ‘nie gniewać się’ znaczy chyba to samo, co ‘zaniechać nienawiści’. Nie?

Zapytałem najmądrzejszej narzeczonej. Może się nie obrazi, jak ją zacytuję. Powiedziała: mogę się gniewać również na kogoś, kogo kocham. A nienawiść będzie już zaprzeczeniem miłości. Ja dumałem, dumałem, a ona… trafiła w sedno. W istocie, Jezus mówi: każdy, kto się gniewa na BRATA swego, pójdzie pod sąd (Mat. 5:22, BW). A nienawiści zakazuje w stosunku do NIEPRZYJACIÓŁ, a więc nie powtarza się!

Kto więc jest tym ‘nieprzyjacielem’? Wiadomo, że nie brat. Jeden mój znajomy narzeka, że w swojej pracy musi się uśmiechać do wielu osób, o których wie, że go obgadują i oczerniają. Ale chętnie wypaliłby im tak, że by im w pięty poszło. Nie może. Musi zacisnąć zęby albo… pokochać.

Ale nieprzyjacielem jest nie tylko ten, kto działa na moją szkodę. Może być nim każdy, kogo nie nazwę przyjacielem, bo nie mogę mu ufać, bo widać, że źle myśli, źle mówi i źle postępuje. A ponadto każdy, kogo nienawidzę z zasady, chronicznie, organicznie, na przykład kierowców autobusów, którzy „wożą kartofle”. Powinienem ich wszystkich kochać.

Nie znaczy to, że mam nie reagować na zło – walczyć z nim albo uciekać, gdy trzeba. Jezus określił to jasno, powiedział: miłujcie ich i módlcie się za nich. W zasadzie nie trzeba robić wokół tego wielkiego zamieszania. Wszystko może odbywać się po cichu, że nikt nie zauważy. Po co? Będę szczery: chcę być doskonały. Po co? „Zło szerzy się tam, gdzie milczą ludzie dobrzy”. Nie ma „ludzi dobrych”, ale są tacy, którzy osiągają doskonałość w Chrystusie. Poza tym mowa jest o jakiejś zapłacie. Jeszcze raz: po co kochać swoich nieprzyjaciół?

Abyście byli SYNAMI Ojca waszego, który jest w niebie, bo słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie ZAPŁATĘ? Czyż i celnicy [bandyci] tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy tedy doskonali, JAK OJCIEC wasz niebieski doskonały jest. (Mat. 5:45-48, BW)

„Miłowanie nieprzyjaciół” najwznioślej kojarzy się z męczennikami, którzy w chwili śmierci szepcą modlitwy wstawiennicze za swych oprawców. Ale czy to znaczy, że w moim „zwyczajnym” życiu to przykazanie nie ma mocy?

Autor: jpz2

Powiązane posty: