Co mnie nie zabije, to wzmocni?

To powiedzonko, niestety, nie miało sensu dla Szczepana, bo został ukamienowany. Z drugiej strony, jego męczeńska śmierć nie zabiła, lecz wzmocniła ewangelię. I jest nauką na dzisiejsze kryzysy.

A słuchając tego, (członkowie Rady Najwyższej – przyp. JPZ) wpadli we wściekłość i zgrzytali na niego (Szczepana) zębami. On zaś, będąc pełen Ducha Świętego, utkwiwszy wzrok w niebo, ujrzał chwałę Bożą i Jezusa stojącego po prawicy Bożej i rzekł:
— Oto widzę niebiosa otwarte i Syna Człowieczego stojącego po prawicy Bożej. – Oni zaś podnieśli wielki krzyk, zatkali uszy swoje i razem rzucili się na niego. A wypchnąwszy go poza miasto, kamienowali. (Dz. 7:54-58a, BW)

Jest sobie Szczepan: przychodzi kryzys, a co on robi? Po pierwsze, jest pełen Ducha Świętego. Skąd to się wzięło? Wybrali go jako jednego z siedmiu (wspaniałych?) do prozaicznej służby: pomocy wdowom (Dz. 6:5). Już wtedy był „zaufany” i „pełen Ducha” (Dz. 6:3). Także później czynił cuda i znaki (Dz. 6:8). Ta praca fizyczna, organizacyjna nie tylko nie stłumiła jego darów, może nawet pozwoliła je rozwinąć? Jedno jest pewne: był człowiekiem czynu i nie zasypiał gruszek w popiele. Poza tym, że wypełniał go Duch Święty, on nie przestawał iść do przodu. Nie mam na to dowodu, ale myślę, że te dwie rzeczy są ze sobą mocno związane: z jednej strony namaszczenie (albo moc), a z drugiej – upór i niezłomna wiara, która się objawia w działaniu. Dokąd go to zaprowadziło? Na śmierć, tak. Głupio, nie? A może słuszniej byłoby zapytać: dokąd zaprowadziło to innych świadków Chrystusa?

Szczepana zaś pogrzebali bogobojni mężowie i opłakiwali go wielce. A Saul tępił zbór; wchodził do domów, wywlekał mężczyzn i niewiasty i wtrącał do więzienia. Wszakże ci, którzy się rozproszyli, szli z miejsca na miejsce i zwiastowali dobrą nowinę. A Filip dotarł do miasta Samarii i głosił im Chrystusa. Ludzie zaś przyjmowali uważnie i zgodnie to, co Filip mówił, gdy go słyszeli i widzieli cuda, które czynił. Albowiem duchy nieczyste wychodziły z wielkim krzykiem z wielu, którzy je mieli, wielu też sparaliżowanych i ułomnych zostało uzdrowionych. I było wiele radości w owym mieście. (Dz. 8:2-8, BW)

Warto zauważyć: najpierw płacz, potem wiele radości. Najpierw śmierć i prześladowanie, potem eksplozja mocy i uwolnienia. Po raz kolejny okazuje się, że kryzys oznacza szansę – dosłownie i w przenośni. Chciałbym być jak Szczepan, bo podejrzewam, że to jego konsekwencja w patrzeniu z nadzieją na wszystkie MAŁE kryzysy doprowadziła go przed Radę Najwyższą, gdzie celująco zdał egzamin z wiary.

Autor: jpz2

Powiązane posty: