Cichociemne poranki

Wstanie się nieraz człowiekowi trochę wcześniej. Dużo wcześniej. Ile rzeczy można odkryć w spokoju i ciemności podwórka, kiedy się idzie niby zwyczajnie, do pracy…
W tym tygodniu zdarzyło mi się trzy razy przyjechać do pracy o godzinę wcześniej. Miałem swoje prozaiczne powody. Kiedy wychodziłem, było jeszcze ciemno. W styczniu nie jest to regułą, bo dzień coraz dłuższy, więc zazwyczaj idę do metra przy zgaszonych latarniach. Ale prze te trzy dni szedłem po ciemku i czułem się tak, jakbym szedł na wschód słońca. Traper, wagabunda, wolny człowiek. Jeszcze ten śnieg spadł, skrzypiał pod butami i dawał namiastkę dziewiczego terenu, nieprzetartego szlaku.
Chodnik na moment przestał być taki banalny i nieznośnie wydeptany. Ale najlepsza była cisza. Cisza. Mógłbym rzucić kulką śnieżną ze czterdzieści metrów i usłyszałbym jej klapnięcie w miękki śnieg. O szóstej rano ktoś się sporadycznie wałęsa to tu, to tam, ale tak, jakby nie chciał sam siebie obudzić, jakby przez tę ostrożność ruchów chciał wmówić sam sobie, że głowa leży jeszcze na poduszce, a nie jest niesiona na szyi – do pracy.
Raz wsiadłem w metro – wolnych siedzeń w bród, luks! Innego dnia wybrałem zapomniany, bezpośredni autobus. Zapomniany, bo w godzinach szczytu niemiłosiernie się wlecze, więc szybko go znienawidziłem i porzuciłem. A tym razem było przyjemnie, cały czas na siedząco, nos wsadzony w Ewangelię według Mateusza, łokieć na oknie, jak na fotelu. Potem odkrycie: nieznane mi przejście przez warsztaty samochodowe w okolicach Prądzyńskiego i Ordona. Cała okolica zimna, spokojna, przyczajona w słabym, sztucznym świetle. Stare, przemysłowe tory wiodą w gęstwę krzaków, za którą widać zaraz nowe osiedla i tym bardziej absurdalne wydają się te szyny – relikt robotniczej przeszłości tej dzielnicy, trwający bez uzasadnienia, już tylko siłą bezwładności. Znam te tory i wszystko, ale teraz to wygląda inaczej.
Ta inność pozwoliła mi oderwać się od mojej roli, że wstaję rano i idę do pracy. Nie. Wstaję rano i jestem. Chwała Bogu. Dzień dobry. Nawet przypominam sobie, że mam serce, wcale nie dlatego, że mnie boli. Nie boli, nie czuję go… tylko zdaję sobie sprawę z tego, że bije, a mogłoby nie bić, że to nie jest takie oczywiste i proste, że to fenomen, cud, dar. Przypominam sobie, że podobnie mówił mój szef, chociaż jego serce – to nie przelewki, chyba naprawdę mogło już stanąć nieraz. A co za różnica? Czy trzcina bardzo różni się od drugiej trzciny?
Może stąd się pojawiła ta myśl: a jeśli nie ma nic po śmierci? Rzadko się to dzieje, bo wierzę w Boga. On jest moją nieskończonością. Tym niemniej zdarza mi się zawędrować na ten drugi skraj duszy, gdzie zieje przeciwna Bogu, próżna nieskończoność, przerażająca jak oko Saurona, a tak czarna, że wręcz zasysa myśli. Jednak musi tam być jakieś dno, dzięki niemu można się odbić, a nie dać zassać do reszty. I nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: zbliżanie się do krawędzi umysłu, skąd widać wieczność daje właściwy punkt odniesienia dla zwykłych, doczesnych rzeczy – do tego, jak idę do pracy wczesnym rankiem. Dzwonię na portiernię, bo jeszcze zamknięte. Witam się, wpisuję na listę i idę po schodach. Znów cisza. I to wchodzenie i ta cisza mogą trwać wiele lat, aż zrozumiem, że wszystko mogę zdobyć: pieniądze, stanowiska, renomę. Tylko po co?
Nareszcie dziś nadszedł szabat, zwany przez niektórych „piąteczkiem”. Co do niego nie mam pytań i wątpliwości: po co? Nic-nie-robienie, a tylko zabawa z dzieckiem, zabawa z żoną, zabawa z Biblią – to również stoi i zyskuje sens na skraju wieczności.

Autor: jpz2

Powiązane posty: