Cel uświęca wskazówki

Już taką mam ambicję, aby nawet z najgorszych swoich potknięć jakąś naukę wyciągnąć. Jakich potknięć? Przykład: dzisiaj wdepnąłem w dyskusję internetową, gdzie mój oponent dowodził nieprawdziwości tekstów biblijnych oraz kwestionował autorstwo niektórych ksiąg Nowego Testamentu.

Ja dowodziłem czegoś przeciwnego, ale ostatecznie nikt nikogo nie przekonał. Bogu dzięki, dyskusja była kulturalna. Oderwałem się od niej. Wyłączyłem internet i… dalej dumałem: skoro ktoś zadaje sobie tyle trudu, by poznać Biblię, ba! poznać obszerne komentarze do niej i rozmaite analizy tekstu… Skoro ktoś to robi, a wątpi w prawdziwość tej księgi, to… po co?

Duch Święty podsunął mi słowa Jezusa: „Badajcie Pisma; sądzicie bowiem, że w nich macie życie wieczne, a one dają świadectwo o mnie. A jednak nie chcecie przyjść do mnie, aby mieć życie”. (Jn 5)

Dokładnie! Gdy cokolwiek w Biblii nazwiesz fałszem, szybko dojdziesz przekonania, że… może i zmartwychwstania nie było! Dalej możesz studiować tę księgę i NIC z niej nie rozumieć. Czysta strata czasu. Gdyż „ona daje świadectwo o Jezusie”. Znam takich ludzi i… NIC z nich nie rozumiem.

Gwiazda prowadziła mędrców do noworodka w Betlejem. Głupstwo? A ja powiem: nieważne, co cię prowadzi, jeśli trafiasz do celu. Do Prawdy – do Jezusa. Nieważne też, jak dobrze przeanalizowałeś ścieżkę, jeśli odrzucasz Prawdę, rzucając się tym samym w otchłań beznadziei.