Co należy i co warto

Wczoraj jakiś byłem zrezygnowany i zniechęcony. Tym, że – tak w przenośni – czasem trzeba ciągnąć wóz samemu. A to jeszcze nie dość, bo po drodze psują ci się wszystkie koła. Trzeba cierpliwie naprawiać. 
Potem posiedziałem z dziećmi na placu zabaw. Usiadłem na karuzeli, popatrzyłem jak się bawią. Tym razem nie absorbowały jakoś mojej uwagi. Same się zabawiły; piłką, piaskiem… Proste to było i beztroskie. Bez zastanawiania się, co należy lub co warto. Ale się robi to, co fajne. A ja? Co ja chcę robić?
 
Wróciliśmy do domu. Zjedliśmy obiad. Nie wiem, czy A. przygotowała go, bo tak należało, czy bo było warto, czy dlatego, że to było fajne. Jak ją znam, to pewnie wszystko po trochu. Na pewno fajnie było go zjeść.
 
I fajnie było chwycić potem za ukulele, grać i śpiewać. Mimo dźwięczących z tyłu głowy obowiązków. Skończyłem, kiedy się zmęczyłem. A biorąc się w ostatniej chwili za sprzątanie, stwierdziłem w duchu, że tak właśnie należało. I było warto.

Odrobiłeś lekcje?

Słoneczny dzień, czyste biurko. Zeszyt od matmy i zbiór ćwiczeń. 2a, 2b, 2c, 2d… Odhaczam kolejne zadania. Jeszcze z polskiego – charakterystyka do napisania. I geografia… Wreszcie kończę. Idę się pobawić.

— A dokąd idziesz, Jasiu, odrobiłeś lekcje?
— Odrobiłem.

Odrobiłem. Wspaniałe słowo. Odrobiłem zaległości. Odrobiłem straty. Odrobiłem bieżące sprawy. Odpracowałem. Nadgoniłem. Wyczyściłem. Wcześnie, od razu. Zrobiłem to, co w tamtym momencie należało zrobić. Ale teraz jest już nowy moment i robię to, co uważam za dobre, fajne, pożyteczne, potrzebne, miłe, zabawne… Jakkolwiek. Nic nie tracę. Mam na to czas. Jestem wolny. Jestem zadowolony. Jestem sobą.

Od początku listopada jeżdżę do pracy już nie rowerem, ale autobusem, metrem. Mam bilet kwartalny. Samochód zostawiam i stoi cały dzień na parkingu albo żona go sobie bierze. Dzisiaj wstałem strasznie późno. Jadę autem. Słońce na czystym niebie, mknę w ciepłej kabinie przez mroźne trzypasmówki. Zły. No bo po co to auto? A mogłem wstać wcześniej, nie marnowałbym paliwa. Mogłem, ale jest już tak. Fajnie? Ależ tak! Ależ nie.

Myślę sobie, myślę. Ja mam jakieś rozdwojenie emocji. Niby to wszystko gra, a z tyłu głowy wciąż czegoś żałuję, rachuję zyski i straty, oceniam swoje postępowanie, decyduję, co zaraz, rozważam stracone szansy itd. itp. Ciągle próbuję dogonić coś, co mi umknęło, bo straciłem te parę minut na coś. I teraz nawet jak zrobię na piątkę, to będzie na tróję. Bo za późno. Bo za wcześnie (tyle innych potrzeb czeka). Bo już się nie chce. Bo jeszcze nie…

O, nie. Dzisiaj będzie inaczej. Wszedłem do pokoju. Włączyłem komputer i rozebrałem się (rutynowa kolejność). Siadam. Excel. Wykazy, rozliczenia i bilanse. Matma, polski, geografia. Za oknem słońce. W kalendarzu cała lista do zrobienia. Nie zdążę dziś wszystkiego. Ale odrabiam. Godzina za godziną przechodzą mi kolejne szanse na coś. Nie widzę ich, nie widzę i widzieć nie chcę. Swoje odrabiam. Aż do końca. Aż wyjdę i przez Wolę, Ochotę i Włochy przebiję się do domu. I będę odrabiać, co trzeba, kogo tam będę miał ochotę i okazję. Odrabiać żonę, odrabiać dzieci. I siebie też będę odrabiać. Wcześnie, od razu. Moje wszystkie lekcje.