Zwisa i powiewa

– Miałeś to już dawno zrobić.
– No wiem…
– I co z tego, że wiesz? Wiesz, a nic z tym nie robisz. Słyszałeś to powiedzenie: 

lepiej wiedzieć mniej i coś zrobić, niż wiedzieć więcej i nie zrobić nic.

Mogę wiedzieć dużo na temat jakiejś książki. Mogę przeczytać ją i wszystkie komentarze i recenzje, pójść na spotkania autorskie i wieczory integracyjne dla czytelników. I może nic z tego wynikać, poza tym, że się czuję znawcą tematu. I może nawet czuję się przez to lepszy od reszty świata. Żadnego pożytku, jak napisano:

Golenie zwisają u chromego, a przysłowie na ustach głupców. (Przyp. Sal. 26:7, NBG)

A można też przeczytać streszczenie albo lepiej: jedno zdanie streszczenia. I to jedno zdanie może tak mocno zapaść w pamięć, w serce, tak zmienić sposób myślenia, że zacznę się zachowywać inaczej, w ogóle robić rzeczy, których dotąd nie robiłem.
Takim streszczeniem może być zdanie wyjęte z ust Jezusa:

Pierwsze przykazanie ze wszystkich jest to: Słuchaj, Izraelu! Pan, nasz Bóg, Pan jest jeden. Będziesz więc miłował Pana, swego Boga, całym swym sercem, całą swą duszą, całym swym umysłem i z całej swojej siły. (…) A drugie jest do niego podobne: Będziesz miłował swego bliźniego jak samego siebie. Nie ma innego przykazania większego od tych. (Mar. 12:29-31, PUBG)

– tj. właściwie cytat z Tory: 

Słuchaj Israelu! Wiekuisty, nasz Bóg, Wiekuisty jest jeden! Będziesz więc miłował Wiekuistego, twojego Boga, całym twoim sercem, całą twoją duszą i całą twoją mocą. (V Moj. 6:4-9)

Wiedzieć tę jedną rzecz i cokolwiek z tym zrobić – to już sukces. I przyjemność. Chyba, że mi to zwisa – jak golenie u chromego.

Nie ma niewierzących

Zwykło się to rozróżniać: racjonalność i wiarę. I mówić: jeśli ktoś rozumuje, to niepotrzebna mu wiara. Nic bardziej mylnego. Chyba tylko szaleńcy nie wierzą. A reszta? Kończy tam, gdzie wiedzie ich… wiara.

Nawet racjonaliści, tacy do bólu, wierzą zmysłom i naukowcom. To pierwsze jest zawodne, jak dowodzi nauka. A sama nauka bywa zbyt trudna do pojęcia. Potrzebne jest laikom coś, co się nazywa… wiarą – przekonanie o czymś, czego nie widzę, nie mogę sprawdzić: czy jest i jakie jest.

Zwykle dlatego, że należy do przyszłości, jak obietnica. Czasem dlatego, że jest teraz, ale nie namacalne. Normalna rzecz. Każdy z nas stale w coś wierzy. Czemu się tę ludzką skłonność do wiary widzi jako upośledzenie? Czemu ten, który bierze parasol, „bo w telewizji mówili”, jest gorszy od tego, co „miał sen, w którym Bóg mu powiedział…”?

Kiedy żona mi mówi, że odwiedza babcię i żebym po pracy tam właśnie pojechał, to jej wierzę i jadę. I spotykamy się, i razem wracamy do domu. Kiedy ktoś inny mówi mi ewangelię, czemu mam nie uwierzyć? Wiem, kwestia zaufania lub zgorszenia (zachęcającego lub odpychającego świadectwa). Ale sama wiara – to dokładnie to samo.

No a zachęcających świadectw nie brakuje – można zapytać znajomych, internet. Albo poczytać list do Żydów / Hebrajczyków – znane dwa rozdziały 11-12. Tam „przez wiarę” każdy bohater coś ROBI. Jedni doczekają się efektów już za krótkiego życia, inni – typu męczennicy – w życiu po śmierci. Ale łączy ich jedno: działanie. Na podstawie pewnych przesłanek. Pewnych – to jest takich, że w nie nie wątpią. A jeśli nawet, to przez chwilę. I idą dalej.

Przez wiarę Noe, ostrzeżony przez Boga o tym, czego jeszcze nie widziano, kierowany bojaźnią zbudował arkę, aby ocalić swój dom. (11:7)

Teraz tylko jedno pytanie: w co i komu wierzę? Jaka wiara, taka meta.

No już, pogódźmy się

Jedność i różnorodność – jak to pogodzić? Bo że pogodzić trzeba, nie ma wątpliwości. Historia daje dość dowodów, że horrorem jest świat zupełnie podzielony albo przeciwnie – ujednolicony. 

Możesz pomyśleć: – A co mnie to obchodzi? Totalitaryzmy, relatywizmy, historia społeczna, dzieje kościoła, ekumenia… – to sprawy, które mnie przerastają i… nie dotyczą. – I po trochu masz rację.

Ale zostawmy na chwilę tę wielką skalę problemu. Zejdźmy na sam dół – do domu; twojego domu, mojego domu. Czy panuje tu zgoda? Coś więcej niż kompromis, raczej piękne bycie razem, blisko, ściśle – coś godnego podziwu i zazdrości. Przy uszanowaniu, ba! więcej; ukochaniu odmienności żony, brata, dziecka, rodzica… Przy wspólnym dążeniu do świętości.

I tutaj dotykam sedna sprawy. O co się modlił Jezus przed śmiercią, przed pojmaniem? O jedność, tak… Czy chodziło o jedność poglądów, wyznania wiary, jedność denominacji kościelnych? Przeczytajcie sami:

Ojcze święty, zachowaj w twoim imieniu tych, których mi dałeś, aby byli jedno jak i my. …Aby wszyscy byli jedno, jak ty, Ojcze, we mnie, a ja w tobie, aby i oni byli w nas jedno, aby świat uwierzył, że ty mnie posłałeś. I dałem im tę chwałę, którą mi dałeś, aby byli jedno, jak my jesteśmy jedno. Ja w nich, a ty we mnie, aby byli doskonali w jedno, żeby świat poznał, że ty mnie posłałeś… (Jan. 17:11b,21-23a, PUBG)

Chodzi więc o jedność z Ojcem – taką, której niejako produktem ubocznym jest jedność rodziny, kościoła. I która w efekcie zadziwia, przekonuje, pozwala uwierzyć, pójść za Jezusem. Każdy z osobna ma być zapatrzony w Jezusa, w Ojca. Każdy z osobna i wszyscy razem. Tak jak się wpatrujemy w rozgwieżdżone niebo. Przeżywamy to razem, czasem nawet romantycznie, choć każdy używa swoich oczu.

Niektórzy jajogłowi chrześcijanie biorą powyższy fragment za pretekst, żeby nie szukać jedności z braćmi, tylko z samym Ojcem. A oni już „najlepiej” wszystko wiedzą – „eksperci” od Pana Boga. Ci lubią różnice. Inni brną na siłę do zjednoczenia za cenę własnych przekonań. Ci lubią monolit, uni sono, spójność ponad wszystko. To są dwie skrajności, dwa rowy wąskiej drogi.

Ale mi podoba się stara, prosta prawda: zamiast wpatrywać się do upojenia (lub znudzenia) w oczy drugiego, należy raczej patrzeć w tym samym kierunku, choć każdy na swój sposób. Jak w starym dobrym małżeństwie.

Patrz na mnie jak na Boga

Jest coś, co w Jezusie absolutnie mnie… zaskakuje. „Kto mnie widzi, widzi i mego Ojca” – te słowa wprawiają mnie w lekkie osłupienie. Przy całym religijnym obyciu, jakie mam.

Tym bardziej, że za chwilę, dwa wersety dalej, odnosi się to do uczniów, a więc i do mnie (!!!):

Wierzcie mi, że ja jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie. Przynajmniej z powodu samych dzieł wierzcie mi. …Kto wierzy we mnie, dzieł, których ja dokonuję, i on będzie dokonywał, i większych od tych dokona, bo ja odchodzę do mego Ojca. (Jan. 14:11-12, PUBG)

Wow. Zaraz, czy dobrze rozumiem? Po kolei:

  1. Kto widzi Jezusa, widzi Ojca,
  2. bo uczeń wierzy na podstawie czynów Jezusa,
  3. a wierząc w Niego, będzie dokonywał takich samych i większych rzeczy,
  4. więc patrząc również na ucznia, ludzie zobaczą Boga.

A może przesadzam? Tylko tu nie ma miejsca na przesadę; powiedział, jak powiedział. Ale może źle wnioskuję? No, chyba dobrze. Tylko mam wątpliwości, bo… brzmi to tak fantastycznie, że niewiarygodnie. Ludzie tacy nie są, chrześcijanie, uczniowie Jezusa tacy nie są, na ogół, najczęściej. Nie aż tak.

Nie powiedziałbym nikomu o samym sobie: – Widzisz mnie, widzisz Boga. Poznając mnie, poznajesz Ojca. – Z drugiej strony… bardzo bym chciał. Właściwie… chyba niczego nie pragnę tak mocno, jak tego, by móc tak właśnie powiedzieć. To byłoby piękne: żyć takim życiem pełnym dobroci, łaski, mocy, sprawiedliwości. I mam nadzieję, coraz śmielej myślę, że… można.

Jest coś, a raczej ktoś, kto tę nadzieję czyni żywą, silną, daje jej podstawy. O tym kimś mówi Jezus:

Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, on nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem. (26)

Oczyść umysł

Nie można rozdziału 15. Ewangelii Jana zjeść po trochu, trzeba w jednym kawałku. Jest tak fantastyczny, tak zrozumiały, pouczający i logicznie poukładany, a przy tym naturalny, pociągający, zachęcający, że aż sam prosi się, by pisać o całym. 

Jeśli jest u mnie choćby mały przejaw posłuszeństwa, karłowaty pączek, owoc, Bóg oczyszcza mnie, żeby było tego więcej, smaczniej; On sam to robi! Wydobywa ze mnie to, co najlepsze!

Każdą latorośl, …która wydaje owoc, oczyszcza, aby wydawała obfitszy owoc. (Jan.15:2, PUBG)

Jak oczyszcza? Przez swoje słowo. Oczyszczanie umysłu – to nie opróżnianie umysłu! Czytać, słuchać, rozważać. Wdech, wydech. Pompka, przysiad, skłon.

Wy już jesteście czyści z powodu słów, które do was mówiłem. (3)

A jaki to jest „owoc”? Owoc bycia uczniem, otoczonym miłością, owoc radości, posłuszeństwa, przestrzegania przykazań.

wydacie obfity owoc; i będziecie moimi uczniami. …Jeśli zachowacie moje przykazania, będziecie trwać w mojej miłości, …To wam powiedziałem, aby moja radość trwała w was i aby …była pełna. (8b-11)

A jakie to przykazania? Właściwie jedno: okazywać miłość. Jaką, komu? Przyjaciołom, wszystkim, dawać – bezinteresowne dary, pomoc itd.

To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, jak i ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś oddaje swoje życie za swoich przyjaciół. …To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (12-13,17)

Czy starczy mi na to siły? Może nie, ale pamiętam, że mam wsparcie.

aby wasz owoc trwał, i aby Ojciec dał wam to, o cokolwiek poprosicie go w moje imię. (16b)

Czy to ma sens? Czy ktoś to zrozumie? Hm. Wszyscy, którzy nie idą tą drogą… nie, nie będą tego rozumieć. Będą patrzeć jak na kosmitę, ale… z uznaniem. Może nawet zostaną urzeczeni. A przez to pociągnięci do Boga. A może znienawidzą.

wiedzcie, że [świat] znienawidził mnie wcześniej niż was. (18)

Dlaczego? Bez jakiejś słusznej przyczyny. Bo tak. Bo jestem inny. Nie z tego „klubu”.

…ja was wybrałem ze świata, dlatego świat was nienawidzi. …Nienawidzili mnie bez powodu. (19,25)

Masz jakiś problem?

Takiego pytania wolałbym nie słyszeć z jakiejś ciemnej bramy. Ale słyszę je, jak wybrzmiewa między wierszami Ewangelii Jana, w tej historii „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”.

I przyprowadzili do niego uczeni w Piśmie i faryzeusze kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do niego:
– Nauczycielu, tę kobietę przyłapano na uczynku cudzołóstwa. W prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A ty co mówisz? – A mówili to, wystawiając go na próbę, aby mogli go oskarżyć. (Jan. 8:3-6a, PUBG)

Jak wiemy, Jezus w końcu „zachęcił” do wykonania wyroku (już poniekąd wydanego przez faryzeuszy) tych, którzy nie mają sobie nic do zarzucenia. Tym samym dał piękną lekcję pt. „zanim oskarżysz, spójrz na siebie”. No i lekcję przebaczenia. Tak, to usłyszymy na lekcji religii. A jak było naprawdę?

Ja widzę tu trzy strony i trzy problemy:

1. Problem z kobietą – etyczny i… pozorny. Bo oczywiście ta kobieta miała rzeczywisty problem ze sobą, miała grzech na sumieniu. Ale dla faryzeuszy faktycznie problemem nie była, raczej pretekstem. Jan pisze o tym wprost.

2. Problem z Jezusem – polityczny i religijny – mieli faryzeusze. Bo mówił o sobie, że jest Bożym Synem, a więc Mesjaszem, a więc królem żydowskim, a więc też sędzią, a więc… wichrzycielem pax romana. Gdyby Jezus powiedział: „niewinna” – czy stawia się ponad Mojżeszem? A jeśli „winna” – czy stawia się ponad Cezarem?

3. Problem z faryzeuszami – miał Jezus? Nie, właściwie oni sami mieli ze sobą problem, podwójny, tylko nieuświadomiony. Genialnie Jezus to udowodnił, jednocześnie nie unikając żadnego ze wspomnianych aspektów sytuacji: etycznego i religijno-politycznego. Nie zaprzeczył winy kobiety, ale odpowiedzialność za sąd zrzucił na tych, którzy nie mieli podstaw, by sądzić. Bo gryzło ich sumienie.

Co to oznacza dla mnie – dziś? Fakt, że jeśli nie przyjmę Jezusa jak Pana i Zbawiciela, jako kamienia węgielnego, to się o Niego roztrzaskam (dokładnie tak, jak napisano). Ilekroć Go odrzucam, tyle razy muszę stwierdzić własną bezradność: nie mam narzędzi, ani podstaw, ani siły, żeby choć odrobinę naprawić ten świat, oczyścić go z podłości, zła, niesprawiedliwości.

Problem nie jest etyczny (szukanie winy i winnych wokół), ani polityczny (szukanie kary i dziur systemie, wymiarze sprawiedliwości). Problem jest we mnie, kiedy ignoruję i umniejszam Jezusa. I właśnie: nie przyjmuję Go jako Zbawiciela (pokuta, etyka) i Pana (posłuszeństwo, polityka).

Nadprzyrodzone must-have

Mogę się bronić przed cudami i znakami, mogę mówić, że ich nie potrzebuję i nawet dorabiać do tego teologię, ale… bez nich się nie da. Wóz albo przewóz. Biorę Jezusa jako Pana i Zbawiciela razem z całą sferą nadprzyrodzoną albo wcale. Dlaczego? Bo tak. Bo powiedział:

Jakże możecie wierzyć, skoro przyjmujecie chwałę jedni od drugich, a nie szukacie chwały, która jest od samego Boga? (Jan. 5:44, PUBG)

To mówił po tym, jak uzdrowił chorego przewlekle człowieka, a faryzeusze czepiali się, że w szabat… Zaczął więc tłumaczyć, że Jego cuda świadczą o Nim, że jest Bożym Synem. Ale właśnie: tego już było za wiele. Byli w stanie uwierzyć każdemu, jeśliby przyszedł jako on sam, Zenek z Wólki Galilejskiej, a nie jako Syn Boga. No i żeby nie czynił nic niezwykłego, a więc i chwały zebrałby tyle, ile mu słusznie ludzie oddadzą. W tyle mogliby uwierzyć. Tyle… czyli nic.

A znów podczas nocnej rozmowy z Nikodemem (niedługo potem) powiedział Jezus: 

– Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. (…) Nie dziw się, że ci powiedziałem: „Musicie się na nowo narodzić”. (…)
– Jakże się to może stać?
– Ty jesteś nauczycielem w Izraelu, a tego nie wiesz? (…) Jeśli nie wierzycie, gdy wam mówiłem o ziemskich sprawach, jakże uwierzycie, jeśli będę wam mówił o niebieskich? (Jan. 3:5,7,9-10,12)

Nie mogę wierzyć, nie mogę wejść do Królestwa, jeśli nie szukam chwały Bożej, a ograniczam się do tego, co znajome, ludzkie, przewidywalne, przyziemne, „normalne”. Jeśli nie narodzę się na nowo i uprzednio nie umrę. Taki jest sens chrztu, czyli zanurzenia w wodzie i w Duchu. Umieram dla grzechu, a więc moje ciało, zmysły, umysł służą temu, czego już nie ja, ale czego On chce. 

Nie dość tego! Umieram też podobnie, jak pospolity umarlak, pozwalając duchowi przebywać bardziej przed Bogiem niż w ciele. Wtedy mogą się dziać rzeczy wspaniałe, ale też zupełnie zaskakujące, wykraczające daleko poza moją wyobraźnię i nie dające się kontrolować. Przecież:

Wiatr wieje, gdzie chce, i słyszysz jego głos, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd zmierza. Tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha. (Jan. 3:8)

W tym wszystkim Bóg szanuje moją wolę. Tylko… czy ja szanuję Jego? Czy oddaję Duchowi Świętemu swoje oczy, usta, uszy, nogi, ręce, wreszcie myśli?

Zmiana, której nie ma

Trudno, o coś bardziej żałosnego niż faryzeizm, religijność, która odbiera radość życia, a chybia celu. Trudno o kogoś bardziej godnego pożałowania, niż wierzący-niepraktykujący, który przyjmuje etyczny kodeks po to tylko, by się potępiać. Pielęgnuje ideały nie żeby do nich dążyć, ale by osądzać siebie i wszystkich wokół, jak bardzo odstają.

Trudno o coś bardziej bezużytecznego, niż zwietrzała sól. Ani smaku, ani konserwacji. Myślałem o tym: czy sól może zwietrzeć? – Bardzo praktycznie, bo mam w pracy trochę soli, która już długo stoi. Pogooglałem na ten temat. Okazuje się, że nie, nie zwietrzeje, zwłaszcza taka zwykła ze sklepu, oczyszczona. Ale przecież Jezus mówi: 

Wy jesteście solą ziemi; lecz jeśli sól zwietrzeje, czym ją posolą? Na nic się już nie przyda, tylko na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. (Mat. 5:13, PUBG)

Wówczas sól pozyskiwana z morza i używana w kuchni zawierała sporo „dodatków” – minerałów i substancji wchodzących w reakcje z NaCl i z czasem prowadzących do zmniejszenia ilości „soli w soli”. – To wyjaśnienie mnie uspokoiło (sól mi się nie zepsuje). Ale jednocześnie dało do myślenia.

Przecież ja jestem solą z domieszkami. No, co zrobić, zmierzam do świętości, wciąż muszę się nawracać i wciąż wyrzekać się domieszek tego świata, przez które „wietrzeję”, robię się bezużyteczny; wyrzekać: niewdzięczności, egoizmu, niewiary, obojętności… Nabierając tych cech, zbliżam się lub osiągam ten żałosny stan „zmiany, której nie ma”.

Wyłam się, dawaj się

Niektórzy sądzą, że pobożnie jest więcej dawać niż brać. Nieprawda. Patrząc na ten bilans uczciwie, nigdy nie „wypłacę” się za to, co dobrego dostałem. Nawet najbardziej pokrzywdzeni przez los ludzie, gdy zaczną dostrzegać dowody łaski, mogą się przekonać, że to jest nieskończona lista.

Odkryłem, że pobożność, w ogóle Królestwo Boże polega na czym innym: zamiast kupować i sprzedawać, raczej brać i dawać. Różnica tylko pozornie jest nieznaczna. Na tyle, na ile wyłamuję się z systemu tego świata „płacę-żądam”, na tyle jestem synem Królestwa. Jezus naucza:

Temu, kto cię prosi, daj, a od tego, kto chce od ciebie pożyczyć, nie odwracaj się. (…) Miłujcie waszych nieprzyjaciół, błogosławcie tym, którzy was przeklinają, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą i módlcie się za tych, którzy wam wyrządzają zło i prześladują, abyście byli synami waszego Ojca, który jest w niebie. (…) Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, jakąż macie nagrodę? Czyż i celnicy tego nie czynią? (Mat. 5:42,44-46, PUBG)

Można to streścić jednym słowem: bezinteresowność. Może się przejawiać w pracy, wolontariacie, wobec czyjejś złośliwości, ale też w rodzinie i wśród przyjaciół (daję więcej, niż spodziewam się dostać). Mogę też np.wybaczyć w duchu i posłać miły uśmiech kasjerce, która koszmarnie się ślamazarzy i marnuje mój czas. Mogę być filantropem. Mogę robić wszystko, co wykracza poza logikę prostej wymiany dóbr i usług, życzliwości, czasu itd. „Kocham tych, co kochają mnie”.

Ciekawe, że jednym ze znaków czasów ostatecznych będzie to, co opisał Jan:

[Bestia] sprawia, aby wszyscy, mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy, przyjęli znamię na prawą rękę lub na czoło i aby nikt nie mógł kupić ani sprzedać, tylko ten, kto ma znamię, imię bestii lub liczbę jej imienia. (Obj. 13-16-17)

Nieraz myślałem: jak będą żyć ci, którzy nie przyjmą znamienia? Alternatywa jest jedna: będą dawać i brać, brać i dawać. Ale nie muszę czekać, aż apokaliptyczna wizja się urzeczywistni. Mogę już teraz to stosować. Jest tylko jeden problem… nie chce mi się. Niby dlaczego mam dawać?

– Muszę zadbać o siebie. Jak zawsze. Jedyne, co w życiu dostałem, to pogarda. Owszem, gardzę sam sobą. Pozostaje walka: wydrzeć innym to, na co zasługuję i zapracowałem. Ale dawać? Nie. – Na to jest jedno lekarstwo: łaska. Od tego się zaczyna.

Jesteś zwycięzcą

Nieraz myślałem: – A co mnie obchodzi? Ten taki owaki… – Mógłbym mu pomóc, wesprzeć praktycznie albo przynajmniej zainteresować się, pocieszyć, pomodlić o sprawy, zmartwienia, zdrowie. „Czynić dobrze nie przestawajcie” – poucza Paweł.

Mając to swoje leniwe ciało, widzę jednak, że w tej dziedzinie moje osiągi są dość mizerne. Nie bardzo daję się Bogu używać. Tylko trochę. Troszkę. – To z powodu słabej miłości. – Myślę. I zaraz pytam sam siebie jakby retorycznie, pesymistycznie: – Czy jestem zdolny do takiego kochania, które przebija mury mojej własnej obojętności na cudzy brak, smutek, ból itp.? – Pociesza i zachęca mnie ten fragment:

A takie przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też swego brata. Każdy, kto wierzy, że Jezus jest Chrystusem, narodził się z Boga (…) Na tym bowiem polega miłość Boga, że zachowujemy jego przykazania, a jego przykazania nie są ciężkie. Bo wszystko, co się narodziło z Boga, zwycięża świat. A tym zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara. (I Jan. 4:21-5:4 PUBG)

  1. Wierzę, że Jezus jest Chrystusem, więc
  2. narodziłem się z Boga, więc
  3. mam wiarę, która zwycięża świat, więc
  4. Jego przykazania nie są dla mnie ciężkie, więc
  5. mogę kochać brata, więc
  6. mogę też powiedzieć nieobłudnie, że kocham Boga.

Oczywiście bratem jest każdy, któremu mam sposobność okazać Bożą miłość, jak pokazuje przypowieść o „miłosiernym Samarytaninie”. Konkluzja jest prosta: wierzę w Chrystusa Jezusa? No to nie mam powodów do zwątpienia w siebie. Zwyciężam świat – to znaczy zwyciężam siebie; swoją obojętność, brak wrażliwości i miłości – świat, który tkwi we mnie i z trudem odpuszcza. Ale musi, bo to nie moją mocą…