Braterstwo mimo woli

„Góry są środkiem, celem jest człowiek. Nie chodzi o to, aby wejść na szczyt. Robi się to, aby stać się kimś lepszym”. Walter Bonatti

„Który z tych trzech, według ciebie, był jak brat dla tego, który wpadł w ręce bandytów? – A on rzekł: – Ten, który się ulitował nad nim. – Rzekł mu Jezus: – Idź, i ty czyń podobnie”. (Łuk. 10:36–37)

Pamiętał. Pamiętał doskonale, przecież minęły dopiero cztery lata. A choćby minęło i czterdzieści, i tak by nie zapomniał. Szedł, a właściwie zsuwał się po linie w głąb lodowej szczeliny. Piotr wbijał raki i czekan wytrwale, coraz niżej, słysząc tylko trzask lodu i własny oddech przez zaciśnięte zęby. Ze złości, z wysiłku. Pamiętał jakby to było dziś. – Nie wrócił, a teraz ja wracam po niego. – Tyle wymamrotał, żeby choć trochę ulżyło. Słowa, które się wypowiada na głos, dźwięczą i ważą więcej niż te pomyślane. Ale na dłuższe gadanie nie miał siły. – Los jest przewrotny – myślał dalej – obiecałem to sobie, obiecałem, że tak jak cudem zejdę z życiem z tamtego żlebu, tak nigdy więcej z nim nie pójdę. Nawet ręki nie podam, tfu! Padlina! Ścierwo, drań! Dopadł mnie, dopadł przypadkowo przecież. Ten sam tydzień, ta sama góra, inne ekipy. I akurat ja tutaj… Nie, to nie dzieje się naprawdę…”

Jeszcze parę kroków i zobaczył kilkanaście metrów niżej sylwetkę człowieka wciśniętego w żywioły wody i ziemi, nieruchomego, półżywego, bezradnego. Przez głowę przemknął jakby cień satysfakcji, ale nie radości. Trzy słowa przeszły mu przez głowę: „Maliński. Kanalia. Żyjesz.”
— Wszystko w porządku?
— Jest dobrze. – Rozpoczęła się powolna i ciężka podróż w górę. Wciągani przez resztę ekipy ratunkowej powoli dotarli na krawędź. Zejście okazało się jeszcze trudniejsze.

Dwa miesiące później spotkali się znowu. W szpitalu. Maliński był na zabiegu, ostatnim po serii operacji, jakie miały przywrócić mu dawną sprawność. Po „do widzenia” miała być wymiana spojrzeń i rozstanie. Maliński zatrzymał Piotra.
— Dziękuję.
W odpowiedzi Piotr nieznacznie uśmiechnął się i tylko spuścił oczy. Zapadło milczenie, a to jedno słowo odbijało się w jego myślach echem jak między górskimi zboczami.
— Przepraszam. – Znów odezwał się Maliński.
— Dziękuję.
— Za przeprosiny? Daj spokój, byłem głupi, od razu powinienem… – Zawiesił głos i spojrzał w górę. – Wiele rzeczy powinienem, ale…
— Nie, dziękuję za wszystko.
— Czyli co?
— Twój wypadek był dla mnie przełomowy. Wcześniej miałem tylko zasady. A teraz… mam siłę. Sporo o tym myślałem. Że byliśmy przyjaciółmi, jak bracia, a potem… gardziłem tobą. Tak naprawdę zostałeś moim bratem dopiero wtedy, w tej szczelinie.
— Nie, nie rozumiem, byłem przekonany, że w twoich oczach już zawsze będę śmieciem. Że ratując mnie tylko mnie upokorzysz, udowodnisz swoją rację, pokażesz się jako wzór i tak dalej. I co, nie chciałeś tak?
— Szczerze? Chciałem. Ale zostałem miłosiernym Samarytaninem. Mimo woli. Dziś już nie potrafię żyć bez tych „mimo woli”.

Autor: jpz2

Powiązane posty: