Bounty

No bo myłem kibel. I zmieniłem kontakt, przykleiłem front szuflady i nasmarowałem zawiasy drzwi. A dzieciom powtarzałem:

– Jak chcecie wyjść na dwór, to…
– Chcemy!
– To ubierzcie się, włóżcie buty…
Nie włożyli. Czas przeciekał przez palce. W sobotę zawsze daję czasowi swobodnie przeciekać.
– Jasiu, ale musisz ich zapędzić. – A. instruuje. – Ula sama się nie zapędzi. Filo pewnie też, chociaż umie.
– To i cóż. – Wzruszam ramionami. 
Jednak w końcu ich zapędziłem. Zadowoleni włożyli nowe płaszcze od deszczu, nawet parasole do tego, choć deszcz już ustał.
– To dokąd?
– No, tu.
Idziemy. Lubię pytać: „dokąd?”, bo raz, że samo słowo ładne. Zamiast pytać prosto i brzydko: „gdzie idziesz?” dzieci moje będą mnie naśladować i pytać: „dokąd idziesz?”. Tak sobie myślę. A dwa, że zazwyczaj jest to ciekawa przygoda – nawet dla mnie, a co dopiero dla nich, gdy mogą pójść, gdzie sami zdecydują. 
Naszym celem okazał się… monopolowy przy Centrum Onkologii. Osiem przystanków autobusem spod domu. Autobus też wymyślili. Głupio, że do monopolowego z dziećmi, ale tylko to jest o tej porze otwarte. A dotarcie do kresu naszej podróży trzeba jakoś uczcić. No, nie winem przecież. Przede mną starsza pani nie może się zdecydować, które whisky. Potem facet zaopatruje swoje świąteczne oikos w zwyczajną połówkę i dopytuje dla uspokojenia, czy jutro też otwarte. Kolej na mnie. Szyba mnie oddziela od kasy. Jak w starej aptece. Zawsze mnie to konfuduje. Nie wiem, czy mam mówić przez szybę, czy do tej dziury się schylać. A schylania ja mam sporo, taka moja uroda. Stoi szklana bilonownica. Składałem kiedyś takie, wujek kumpla miał agencję reklamową. Dostałem osiem dych za dzień, jakoś tak. Jest i terminal.
– A będę mógł zapłacić kartą za taką drobnostkę jak batonik?
– No pewnie.
Bo kartę mam. Poza tym trzy piłeczki, saszetkę ze spajdermenem, dwie parasolki i kij. Płacę, wychodzimy, siadamy na przystanku, rozrywam Bounty’ego. Ta nazwa – wśród szarych betonów powiało egzotyką, Pacyfik!
– Mogę zjeść kawałek od Uli i kawałek od Fila? – Stawiam to pytanie chyba jako ultimatum. 
– Tak, ale tylko malutki. – Odpowiadają prawie chórem. 
– Zgoda, malutki. – Odgryzam swoją dolę.
Autobusem, metrem (znów decydują dzieci), na piechotę, na barana. U. wymyśliła, że słupek na peronie z tabliczką dla niewidomych to jej pies. Podbiega z czułością i nabija sobie guza. Płacz ukojony. Jakoś w końcu dochodzimy do domu. Chyba zaraz zapalą latarnie. 
– To jak ta wyprawa dzisiaj, było fajnie? – Mówię do pleców dzieci, które brną właśnie w kaloszach przez najfajniejszą kałużę na podwórku. Nie lubię pytać: „fajnie?”, nie lubię tego słowa, bo to nic nie znaczy. Ale bez tego słowa trudno się czasem obyć.
– Tak, tato. No pewnie. 
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: