Błogosławieni, szukający guza

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój – to tak, ale… szukający guza? To nadinterpretacja. Może i tak, ale w praktyce czy to nie wygląda podobnie?

Konflikty dzielą się z grubsza na takie, w które jestem sam zamieszany, i takie, w których nie jestem stroną. A czasami… trudno rozeznać. Tak jak w przypadku Mojżesza, którego lud oskarżył, że jest ważniakiem, stawiającym się wyżej od reszty. Tymczasem Bóg miał swoje powody, by powierzać rolę przywódcy właśnie Mojżeszowi aż do końca jego dni.

Właściwie można więc powiedzieć, że była to sprawa między ludem, a Bogiem. A Mojżesz był bardziej przedmiotem, nie podmiotem sporu. Wygodne to i nie wygodne miejsce. Łatwo zostać posądzonym, że wtrącasz nos w nie swoje sprawy. Ale trudno tego nosa nie wtrącać, gdy się dzieje nieszczęście.

Przeto byłby ich [Bóg] wygubił, jak zamyślał, gdyby nie Mojżesz, wybraniec jego, który stanął w wyłomie przed nim, aby odwrócić gniew jego tak, aby ich nie wytracił. (Ps. 106:23, BW) Stanął pomiędzy umarłymi i żywymi, i plaga została powstrzymana. (4 Moj. 17:13)

„Stawać w wyłomie” – to dość wytarty slogan chrześcijański, który warto odświeżyć. Bo jakie są dzisiaj wyłomy? Jakie plagi? Są ludzkie grzechy i ich przykre konsekwencje, które jak pleśń zabierają życie kawałek po kawałku. Czasem ciężko jest się wtrącać, no bo nic na siłę. A z drugiej strony, jak tego nie robić??

W efekcie próba wstawiennictwa, zaprowadzania pokoju, próba powiedzenia wyraźnego „NIE” często przypomina szukanie guza. Na przykład: próby rozmowy z ludźmi, którzy nagabują do prostytuowania się. To pierwsze mi przyszło na myśl, bo właśnie wczoraj o tym czytałem. Z życia.

„To nie moja sprawa, żyją jak żyją, każdy ma prawo…” – tak można mówić i tym samym… wymawiać się. A znowu wchodzić między młot i kowadło… po co mi to? Trzeba wyczucia, mądrości, współczucia, miłości, siły i delikatności. Trzeba nie byle kogo. Jakiegoś Mojżesza. Jakiegoś współczesnego… mnie?

Autor: jpz2

Powiązane posty: