Beztrosko

Szedłem przez wyboisty chodnik, modląc się. Bo też chciałem jakoś wypędzić z głowy głupie piosenki. Chciałem też pchnąć myśli na pogodniejsze tory, wprawić się w dobry nastrój. W istocie: od pięciu minut dziękowałem Tacie, chwaliłem Go i opowiadałem wszystko, co mam, a mam to od Niego. Poczułem naraz taką… swobodę, luz, jakby wszystko prócz mnie miało zniknąć. Albo przeciwnie: zaraz bym wyparował do nieba. A On o wszystko by się zatroszczył – wszystkie moje sprawy. Nawet o ten mój samochód, w którym próbuję naprawić klimę. Żeby A. miała na wyjazd. Żeby wreszcie była, po dwóch latach. Czułem się niepewnie, bo to zwlekanie mogło mnie słono kosztować. Mogło, ale nie musiało. Wóz albo przewóz – jedna część do wymiany albo nie. Sprawdzałem na allegro – faktycznie droga. Ale to zmartwienie już oddałem Bogu. I oczekiwałem beztrosko, że… coś wymyśli, coś zrobi, żebym nie zapłacił krocie.

Skręciłem w boczną uliczkę. Uskoczyłem w bok, by przepuścić auto przez wąską bramę. Teraz po trelince wszedłem na teren małego zagłębia warsztatów. Woń lakieru samochodowego zakręciła mi w nosie, zaraz potem kurz, opony, smary. Fajrant: grupka mechaników siedziała na krzesłach, podnośnikach, skrzynkach i odpalali dymka.
— Dzień dobry! Ja od tego Forda – on tu zostanie do jutra, ale muszę coś z bagażnika sięgnąć. – Wytłumaczyłem się. Spojrzeli po sobie…
— Panie Andrzeju! – Krzyknął jeden. Wyjęcie papierosa z ust zdawało się być jedynym ruchem, który wykonał. Nic dziwnego, przy tym upale… Nie czekając, aż „pan Andrzej” usłyszy i wyjdzie, skierowałem się wprost do biura, gdzie rano podawałem mu dane – swoje i mojego auta. Mówiłem:
— Tylko jeszcze tu jest błąd. – Wskazałem na imię. – Jan, nie Janusz. – Myślę: powiedziałem przecież wyraźnie „Jan”. A zresztą, temu facetowi i tak wszystko jedno. W ogóle nic z tego nie wynika, czy jestem Ziółkowski, czy Wiśniewski. Nie wiem czemu, ale czułem się wręcz zażenowany, że zwracam na to uwagę. Uśmiechnął się:
— A, oczywiście, będzie Jan. – I skreślił „usz”. To było rano.

Teraz siedział i rozmawiał przez telefon. Wyszedłem, dając mu chwilę na dokończenie. Obejrzałem swojego Forda od dołu – nieczęsto mam okazję. Skrzynia biegów zapocona. To już wiem. Tragedii nie ma. Ale tłumik… Ciekawe, ile jeszcze pożyje… Blacha z niego plastrami odchodzi, jak liście sałaty. No, dosyć. Wracam do biura. Facet skończył rozmowę. Ale do mnie się nie ruszył. Przy tym upale…
— A, to pan! – Otrzeźwiał. – No, no, miał pan szczęście! – Twarz mu się rozjaśniła.
— Naprawdę? A co się okazało? – Byłem już zaciekawiony i wdzięczny wiadomo-Komu.
— Sprężarka zassała olej z turbiny. No a dziura była konkretna w tej rurce, tam by na pewno poszła wilgoć, korozja, wie pan.
— Czyli ten olej ją zakonserwował?
— No właśnie. Ma pan szczęście.
— Uff, wie pan, kamień spadł mi z serca. Było, nie było, to tysiak do przodu. – Uśmiecham się szeroko. Idziemy. Facet opuszcza podnośnik.
— Jeszcze inna rurka była do poprawienia, ale to już jutro panu pokażę. Jutro skończymy, a tę sprężarkę dziś umyłem. Wystarczy?
— Podnośnik? A, tak, już jest nisko, spokojnie sięgnę. Hulajnogę muszę synkowi naprawić, łożysko dokupić.
— Ale to drobiazg, to dziesięć złotych kosztuje.
— Osiem.
— No mówię.
— To dziękuję, do jutra!
— Do widzenia! – Pożegnał się i odwrócił na pięcie. I ja odszedłem, z hulajnogą przewieszoną przez ramię – na przystanek. „Bogu dzięki” – pomyślałem. Może naiwnie, ale nie dbam o to.

Autor: jpz2

Powiązane posty: