Beznadzieja w owczej skórze

Przyzwyczaiłem się już, że współcześnie wiele rzeczy stawia się na głowie. Ale ten nonsens jest przynajmniej tak stary jak Epikur: mam nadzieję, że po śmierci nie ma nic. „Nadzieję”??

Jak można nazywać to nadzieją? Przecież to czysta beznadzieja! Ja nieraz to sobie wyobrażałem: śmierć jako koniec mojego istnienia. I otchłań, nieskończoność pozbawiona mnie, wyrzucająca mnie poza upiorny margines. To jedyny koszmar, jaki zapamiętałem z mojego dzieciństwa, bo był bardzo obrazowy i powtarzał się, ilekroć miewałem wysoką gorączkę. Jest to bodaj najbardziej przygnębiająca rzecz, jaką człowiek może pomieścić w głowie. Dlatego zresztą nikt takich myśli nie lubi. I dlatego też tak mało jest uczciwych i konsekwentnych ateistów. Trudno nie wierzyć w nic – wiemy to z piosenki Raz Dwa Trzy.

Jedno z najsłynniejszych zdań Epikura (zm. w 270 r. p.n.e.) brzmi: Póki jesteśmy, nie ma śmierci, gdy jest śmierć, nie ma nas. To mógł wymyślić tylko ktoś, kogo nie obchodzi, że może zniknąć. Najważniejsze, żeby nie cierpieć, więc śmierć i nicość są OK, podobnie jak wyzbycie się pragnień i rozczarowań w jednym pakiecie. Co za szalona myśl: dla własnego dobra nie przejmować się nieszczęściami, które na mnie spadają. A może wołać pomocy? Może jednak znajdzie się ktoś, kto bierze nadzieję na chłopski rozum? Na przykład psalmista:

Zaniemówiłem, zamilkłem, pozbawiony szczęścia, lecz ból mój się powiększył. (…) Tylko jak tchnienie jest wszelki człowiek, choć pewnie stoi. Zaprawdę, człowiek przemija jak cień, zaprawdę, na próżno się miota. Gromadzi, a nie wie, kto to zabierze. A teraz, czego mam się spodziewać, Panie? W tobie jest nadzieja moja. Ratuj mnie od wszelkich występków moich! Nie wystawiaj mnie na zniewagę nikczemnika! (Ps. 39:3,6b-9, BW)

Autor: jpz2

Powiązane posty: