Bezkrytycznie

– Nie, prowadzę. – Uśmiechnąłem się, ze smakiem zerkając na garnek grzanego wina. Patrzę: amatorzy mocniejszych trunków pozostawili w wyciskarce sporo soku z cytryn. Me gusta! Nalałem sobie tego sporo i łakomie do szklanki i dopełniłem gazowaną. Przyjemnie. 
– Słyszałem, że mówiłeś Uli, że mówisz do niej jak do córki. – Szwagier szturcha mnie w ramię i zerka na moją kuzynkę, U. 
– O, nie, tak nie mówiłem. Raczej że po prostu na co dzień ciągle „Ula” i „Ula”, a tu nagle inna Ula, zupełnie kto inny, no i dorosły, i mam wrażenie, jakoś tak dziwnie do niej mówić: Ula – że to jak do córki, więc… właściwie… no dobra, może tak mówiłem. 
Sam zacząłem się śmiać z siebie, że tak się zaplątałem, aż wróciłem do punktu wyjścia. U. też się śmiała. 
– A widzisz, Janek, no no… – Szwagier podkręca, prowokuje po swojemu. 
– No a Uli w pierwszej sekundzie nie poznałem, tak się dawno nie widzieliśmy. Chociaż przecież wiele się nie zmieniła. Nawet się przedstawiłem: cześć, Jasiek. Ale już wszystko wiem, wszystko mi opowiedziała. 
U. we Francji siedzi tak długo, jak my z A. po ślubie. I ciekawie opowiada. I nie ona jedna. To z tym, to z tamtym chwilę słowo zamienię. A. siedzi i wypytuje R., która z Wrocławia tu wpadła. Sami swoi, dobrze, niezobowiązująco – do zabawy, do jedzenia, do (nie)picia, do pogadania. I tańce wchodzą. Al. siostra, gospodyni – rej wodzi i najwięcej ze wszystkich tańczy. I dołączają jedni i drudzy, i ja w końcu też, na chwilę. 
Aż siądę i popatrzę i od tych obrotów się zakręci jakiś skobelek w głowie: że można tak właśnie być, jak ja teraz jestem – bezkrytycznie wobec siebie. Robić tak, jak się podoba i lecieć wprzódy, w tany i tak dalej, gdziekolwiek i cokolwiek, i nie rozważać wciąż na nowo, nie wałkować na trzy i cztery strony słuszności podjętych kroków i ukrytego sensu. Może ja za bardzo refleksyjny jestem. Może za często mówię: nie, prowadzę.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: