Baju baj, baju baj…

Pamiętam piosenkę Czesława Niemena, w której śpiewał: „Czy mnie jeszcze pamiętasz, dowód na to mi daj. Czy jak inne dziewczęta – baju baj, baju baj”. Pewnie podobne „baju baj” mogą mówić dziewczyny, którym w kółko ktoś prawi puste komplementy, zapewnia o swoich uczuciach, ale na tym wszystko się kończy. Nie ma żadnego „wóz albo przewóz”, żadnego „raz kozie śmierć”, nikt się nie oświadcza. A ja właśnie tego chcę uniknąć w mojej przyjaźni z Jezusem. Nie chcę być nieokreślony, nie chcę powtarzać, że żyję dla Niego, a tak naprawdę zapominać o Nim. Chcę konkretów w swoim działaniu.

A co do poprzedniego wpisu… No proszę! Wystarczy tylko zadać pytanie, zamiast rozstrzygać rzeczy, a już ktoś komentuje. Podoba mi się to. Zgadzam się z Truskawką, że szczęście hedonistyczne można zastąpić poświęceniem dla ludzi i twórczości, bo dopiero to poświęcenie daje spełnienie.

I właśnie na tym polega naśladowanie Jezusa. W jednym tłumaczeniu jest to napisane wprost: Jednego ci nie dostaje; idź, sprzedaj co masz, a rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź, naśladuj mię, wziąwszy krzyż (Mar. 10:21, BG).

Krzyż to nie „dopust boży”. To po prostu rezygnacja z hedonizmu. Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną (Mat. 16:24, BW).

Dokładnie to samo czytam tutaj: Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. (Jan. 13:34, BW) Kto kocha, ten daje siebie. Jest to najprostszy krzyż, jaki może być. Kiedy wiszę, to jestem równie oddany, co bezbronny.

Mógłbym tak jeszcze długo się rozwodzić. Lubię to. Ale to dla mnie zbyt ogólne, a w poprzednim wpisie chodziło mi przecież o konkrety. Miłość? Tak! Ale jak?

Tylko praktyczne uczniostwo może być atrakcyjne w naśladowaniu Jezusa. To jest postawa, mówiąca tyle, co: „można tak? Ja też chcę! Wypróbuję to! Będę tak żyć!”. Miłość, krzyż – to tylko idee, punkt wyjścia, tego się nie da zmierzyć. Z tą myślą kończę wpis i szukam dalej i coś mi mówi, że zacznę od Kazania na górze (Mat. 5-7).

Aha! I jeszcze jedno. Nie oczekuję spektakularnych rzeczy, raczej cichej, stopniowej, lecz zdumiewającej przemiany. W dziedzinie miłości już tak jest, że najbardziej spektakularne są wielkie krzyże. Największy z krzyży poniósł Jezus. Jego „spektakularność” była tak wielka, jak jego odrzucenie i niezrozumienie. W tej kwestii trzeba sobie przestawić myślenie.

Autor: jpz2

Powiązane posty: