A TO MAMA WŁAŚNIE!

Zaczynam pisać bez konspektu i nawet bez przekonania, że zapełnię kartkę. Wiem jedno: tym razem należą się duże brawa dla mojej żony, to znaczy przyszła pora, żeby napisać coś o… mamie.

Żyję w takich czasach, że doprawdy nie wiem już, co jest banałem, a co mądrością. Niektóre rzeczy trzeba powtarzać, przypominać i nazywać prawdę, „nieustępliwie ćwicząc wargi”, jak śpiewał Wojciech Młynarski w piosence pt. „Przetrwamy” (to ten sam, który sugerował, że „Nie ma jak u mamy”). Jednym z takich „mądrych banałów” jest to, że mamy są niezastąpione. Rola mamy jest nie do przecenienia. Do tego stopnia, że nawet nie zauważa się przesady w tym żydowskim porzekadle: Bóg nie mógł być wszędzie, dlatego stworzył mamy. Mama, mama, mama. Mama ma mamine serce, mamine piersi i mamine dłonie, maminy wzrok i ton, i mamine jedno oko, które nocą nie zasypia, za dnia nie odbiega, a zawsze jest czujne, nawet gdy mama odpływa w senne krajobrazy. I co się śni? Gonitwy i potwory. Albo wakacje. Różnie. Mama czasem jest przemęczona, a czasem ma zadziwiająco dużo sił. Zostać mamą to jak podpisać kontrakt na obowiązkowe szkolenie ze wszystkiego: dietetyki, rehabilitacji, fitness, gastronomii, hotelarstwa, opieki medycznej i pielęgniarstwa, bezpieczeństwa i higieny pracy, zarządzania, edukacji początkowej… kto żyw, niech dopisuje, co mu jeszcze przyjdzie do głowy, bo na pewno o czymś zapomniałem. Szkolenie, do którego ciężko jest się przygotować (żeby szybciej skończyć), a nie można zrezygnować – wałkuje się materiał dopóty, dopóki się nie zaliczy.

Tu „Przetrwamy” w wykonaniu zespołu Raz Dwa Trzy 
– motywacyjne, zwłaszcza dla ojców:
Przetrwamy by Mlynarski on Grooveshark

W związku z tym tak sobie myślałem: posiadanie jednego dziecka to przecież istne marnotrawstwo inwestycji. To jak zrobić Certificate of Proficiency in English i nie wpisać tego do CV. Przy pierwszym dziecku bidne mamy zaliczają rokrocznie tyle testów, że aż się prosi wykorzystać tę wiedzę i umiejętności przy następnej „okazji”. Okazji, która zresztą lubi się powtarzać. Oczywiście okrucieństwem byłoby porównanie metod opieki i wychowania drugiego dziecka z technologią produkcji taśmowej, jednakowoż pewne rzeczy powtarza się machinalnie, z przekonaniem, że skoro Jacuś, to i Agatka. Tu czekają niespodzianki, czeka kolejne szkolenie, ale już nie takie ciężkie, jak to pierwsze. Ja już tak mam, że lubię wymądrzać się na temat, którego nie znam z autopsji.

Trzeba wrócić do meritum i to całkiem realistycznie. Muszę przyznać, że A. jest najlepszą żoną z tych, które mógłbym mieć, a przecież, nawiasem mówiąc, mógłbym mieć wszystkie, co nie? Spokojnie, drogie Joanny d’Arc, to tylko drobna ironia. A. jest żoną najlepszą, czyli lepszą nawet od tej, którą potrafiłbym sobie wymarzyć z błogim wysiłkiem. Wystawcie to sobie, przebóg, ja naprawdę mam fantazję, ja marszczę brwi, a potem chwytam ten obrazek i to uczucie idealne, co przychodzi jak błysk, olśnienie, rozmaśla spojrzenie, więc robię te oczy utkwione w horyzont, zupełnie jak nasz synek, kiedy zasypia i wzrok mu się robi nieobecny, ale oczy jeszcze błądzą otwarte. No i ja potrafię marzyć, ale teraz trochę zmieniły się reguły gry. Teraz nie ja marzę rzeczywistość, która mogłaby się przydarzyć, ale przydarza się rzeczywistość, która mogłaby mi się wymarzyć.

Cierpliwość, wyrozumiałość, łagodność, czułość, poczucie humoru, szczerość, otwartość, prostolinijność, przenikliwość, inteligencja, wrażliwość, urok, takt, wdzięk i powab, ambicja, dobry gust, oddanie, wytrwałość, czułość, mądrość, wdzięczność, wiara i bojaźń boża… Chciałem powiedzieć, że posiadanie żony, która może poszczycić się tymi wszystkim cechami, to najfajniejsza sprawa w tym moim byciu tatą. Bez tej najlepszej żony-mamy ciężko byłoby cieszyć się z ojcostwa. Taka mama, jak moja żona wprawia w zakłopotanie, bo przecież to ona ma mi pomagać, a nie ja jej, zatem cóż począć, skoro ona robi tak wiele, trzeba ją jakoś przegonić w tych wysiłkach. Ale jak to „przeganianie” żony wygląda w moim wykonaniu, już wam mówię i niech to będzie na deser. W tym tygodniu A. powiedziała mi pewnego ranka: – To było takie śmieszne, miłe i słodkie. – Tak zapamiętała scenę, kiedy po powrocie z pracy leżałem na brzuchu na naszym wspaniałym, wielkim łóżku, które zawsze tak ponętnie otwiera przede mną mięciutkie ramiona, ledwie otwierałem oczy i nie okazując bynajmniej wielkiej nadziei, że jeszcze się podniosę (choć ta nadzieja płonęła we mnie, słowo daję!), powiedziałem: – Aguniu, a co trzeba zrobić, w czym mógłbym ci pomóc? – Po czym… odpłynąłem. I obudziłem się o piątej, żeby wstać z lekkim wyrzutem sumienia i (a jakże!) ponosić i uspokoić Fi., zerkając z zadowoleniem na A., która wtula się w poduszkę. Na kwadrans.

Autor: wdev

Powiązane posty: